wtorek, 30 kwietnia 2013

Haruki Murakami: "Na południe od granicy, na zachód od słońca"



Autor: Haruki Murakami
Tytuł: "Na południe od granicy, na zachód od słońca"
Wydawnictwo: Muza
Stron: 232

„Po pewnym czasie rzeczy twardnieją. Jak cement w wiadrze. I nie możemy już wrócić. Chcesz powiedzieć, że cement, z którego jesteś zrobiony, stwardniał, więc nie możesz być już kimś innym.”

Lubię to, jak Murakami tworzy swoich bohaterów. To postacie, o których wciąż niewiele wiemy u schyłku powieści. Są nostalgiczne, melancholijne, tajemnicze. Szczególnie kobiety – pojawiają się, nosząc w swoim wnętrzu, często niewypowiedziane do końca. I sposób, w jaki autor traktuje uczucia, miłość – jako siłę, która gna do siebie ludzi, pozostawiając w nich trwałe ślady nawet, wtedy, gdy los ich rozdziela. O tym wszystkim i zarazem wcale nie o tym jest powieść „Na południe od granicy, na zachód od słońca”.

„Wtedy jednak nic nie rozumiałem. Nie rozumiałem, że mogę skrzywdzić kogoś tak straszliwie,że osoba ta już nigdy nie dojdzie do siebie. Że można, po prostu żyjąc, zranić inna istotę tak bardzo, że rana ta już nigdy się nie zagoi.”

Hajime, jako dorosły mężczyzna, mając u swego boku żonę i dzieci, wciąż roztrząsa swoje smutne dzieciństwo i pierwszą miłość, zupełnie wówczas nieuświadomioną, do kalekiej dziewczynki, Shimamoto. Widmo tej postaci nieustannie go prześladuje – gdy tylko dostrzega gdzieś dziewczynę powłóczącą nogą, momentalnie przywodzi mu to na myśl beztroskie lata dzieciństwa z najlepszą przyjaciółką. Ich drogi jeszcze się zejdą...

„Hajime, na zdjęciach nie wszystko widać. To tylko cienie. Prawdziwa ja znajduje się gdzieś daleko. A tego nie widać na zdjęciu.”

Lubię w Murakamim właściwie wszystko. Nawet to, że wprowadza bohaterów w ten oniryczny, niejasny świat, i równie gwałtownie ich stamtąd wyrywa. To, że tylko on jeden zna prawidła rządzące tą rzeczywistością i zataja je przed czytelnikiem. Nie zależy mu na zaspokojeniu naszej ciekawości. Kluczem do tych opowieści jest właśnie pozostawienie otwartych miejsc. O uczuciach przenikliwych, intensywnych i bezkresnych, nie zawsze spełnionych, nie zawsze prowadzących do spełnienia, ale mimo to takich, o których się marzy...

”Wydawało nam się, że wiele wspólnie zbudowaliśmy, ale nie udało nam się osiągnąć ani jednej rzeczy. Życie układało nam się zbyt łatwo. Byliśmy zbyt szczęśliwi.”

wtorek, 23 kwietnia 2013

Jacek Dehnel: "Lala"



Autor: Jacek Dehnel
Tytuł: „Lala”
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 406


„Lala” Jacka Dehnela, młodego gdańskiego pisarza, to powieść, za którą autor otrzymał Paszport Polityki. Tytułowa Lala to postać prawdziwa – babka pisarza, i to jej poświęcona jest książka. Bo biorąc do ręki to dzieło spotykamy się z niezwykle bezpośrednim i szczerym rozrachunkiem z przeszłością. Dehnel, próbując ratować okaleczoną chorobą pamięć swojej ukochanej babci, spisuje wszystkie jej opowieści, wysłuchiwane od najmłodszych lat. Rysuje obraz idyllicznej krainy dzieciństwa, gdzie beztrosko dorastał, otaczany wspomnieniami Lali. Kobiety niezwykłej, o zachwycająco barwnym życiorysie. Wykształconej, zdolnej, pięknej. Teraz, u progu śmierci, role się odwracają. Babcia już nie pamięta, myli historie, osoby, zdarzenia. Wnuk musi dopowiadać za nią, przypominać, poprawiać. Książka ma niejako w tym pomóc. A jednocześnie stanowi świadectwo bogatego życia najbliższej osoby. Jest hołdem, złożonym u jej stóp. Obrazuje też, jak nieubłagany jest czas, jak każdego dnia coś zabiera. Wspomnienia blakną, odchodzą. Tylko papier może je zatrzymać.

Jacek Dehnel bez wątpienia jest pisarzem zdolnym, wrażliwym, posługującym się kunsztownym językiem. Aż trudno uwierzyć, że to człowiek tak młody (rocznik 1980, a książka powstawała w latach 2000-2002). Gdybym zaczęła czytać książkę nie wiedząc nic o autorze stawiałabym raczej na człowieka sędziwego,z dużym dorobkiem literackim. Dehnel objawia się jako młody-stary pisarz, oczytany, świadomy dorobku kultury, staroświecki, poważny, odmienny, wyjęty jakby z innej epoki. Ale widzimy, co go ukształtowało, gdyż biografia babki przemienia się w autobiografię autora, od najmłodszych lat zaznajamianego ze sztuką. Ja czuję się na tę prozę wspomnieniową jeszcze zbyt młoda, niedojrzała. Nie potrafię patrzeć jego oczami, nie potrafię zamyślić się nad istotą życia i śmierci, odbyć tej swoistej wędrówki do źródła własnego jestestwa. I chociaż to gawęda piękna, obrazowa i szczera, jednak jeszcze nie dla mnie. To nie ten czas.

Opowieść to niespójna, pełna dygresji, niechronologiczna. Myślę, że Dehnel napisał ją głównie dla siebie, dla swojej rodziny, babki, chcąc w ten sposób dać wyraz głębokiej miłości i szacunku. Może na pewnym etapie życia każdy z nas powinien odbyć podobną podróż, przejrzeć stare fotografie, wysłuchać opowieści najbliższych. Starsi ludzie mają w zanadrzu tyle niesamowitych historii. Czy my za kilkanaście, kilkadziesiąt lat również będziemy mieli o czym opowiadać?

Wymęczyła mnie ta proza. Czytałam naprawdę długo. A jutro spotkanie DKK w bibliotece, na którym będziemy o niej dyskutować :)

„Tę historię opowiem już za babcię. Coraz więcej opowiadam za babcię. Wszystko się rozsypuje, rozmywa, rozchodzi na strzępy.
Rozpad babci najlepiej było widać po rozpadzie narracji. Z początku brakowało tylko drobnych składowych („Co się ze mną dzieje... nie pamiętam już, niczego nie pamiętam... kto, do jasnej cholery, wystawiał w 1938 roku Lato w Nohant? To była jedna z pierwszych ról Andrycz, zjawiskowo piękna wtedy była, zjawiskowo... nie pamiętam”), potem znikały fragmenty historii, szczegóły mieszały się ze sobą i nikt nie wiedział, gdzie stała śliwa, a gdzie wiśnie, jakiego koloru była sukienka pani Iksińskiej pewnego wieczora, i tak dalej, a babcia, jak to babcia, dbała o narrację i uzupełniała ją wyobraźnią, czyli substancją innej natury. Z czasem zaczęły znikać całe opowieści, albo, co gorsza, jedne historie mieszały się z innymi, dochodziło do niezwykłych kontaminacji i absurdalnych zderzeń.”

środa, 3 kwietnia 2013

Jonathan Safran Foer: „Strasznie głośno, niesamowicie blisko"





Autor: Jonathan Safran Foer
Tytuł: „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 492



„... pomyślałem, że to wielka szkoda, że musimy żyć, ale prawdziwą tragedią jest to, że mamy tylko jedno życie, bo gdybym miał dwa, wtedy jedno spędziłbym z nią.”

Wiedziałam, że to będzie dobra książka. Oglądałam wcześniej film na jej podstawie i byłam pod wrażeniem. Nie spodziewałam się jednak, że dostanę tekst tak rewelacyjny. Idealny w wyrazie i formie. Nic dodać, nic ująć. Jonathan Safran Foer zawarł w swojej powieści wszystko, czego szukam w literaturze.

Po 11 września powstało wiele filmów i książek, które podejmowały temat ataku na WTC, szerzej, czy tylko napomykając, obojętnie. Tutaj zostaje pokazane życie po tragedii – Oskar stracił w niej ojca. Niezwykle inteligentny, bystry i pomysłowy chłopak, ale przede wszystkim ponadprzeciętnie wrażliwy, musi pochować najbliższą osobę. Trumna jednak jest pusta, a ból chłopaka narasta. Antidotum wydaje się rozwiązywanie ostatniej, pośmiertnej zagadki, jaką zostawił mu ojciec. W poszukiwaniu zamka do klucza, Oskar podróżuje po Nowym Jorku, odwiedzając ludzi o nazwisku Black. Przełamuje lęki i szuka odpowiedzi. My kibicujemy ze wszystkich sił. Czas jednak nie cofa się, dni nie biegną w tył, samolot nie zawraca, budynek nie składa się na nowo...

Tę książkę można czytać, czytać, czytać... Zachłystując się każdym słowem. Pięknym, lirycznym, zawsze na swoim miejscu. Przygotujcie się na wzruszenia. Przygotujcie się na historie, które pozostaną z wami na długo. Na łzy, ale także na śmiech. Bo strata może mieć różne oblicza i dotyka zawsze więcej osób... Syna, żonę, matkę, ojca, siostrę, ukochanego... Słowa są tu tak żywe, że niemal ich dotykamy. Polecam.

Zwiastun filmu: klik