piątek, 29 marca 2013

David Mitchell: "Atlas chmur"

Autor: Beata Szy dnia 12:37:00 16 komentarze


Autor: David Mitchell
Tytuł: ”Atlas chmur”
Wydawnictwo: Bellona
Stron: 512



„Byliśmy tacy, jacy wy jesteście.”


„Atlas chmur” – przy tym tytule popełniłam kardynalny błąd; najpierw obejrzałam film w kinie, dopiero w ostatnich tygodniach udało mi się przeczytać książkę. Trafiłam na wcześniejsze wydanie (z 2006 r.).

Najpierw zachwycił mnie zwiastun filmu, i ta jedyna w swoim rodzaju melodia „Atlasu chmur na sekstet”, którą wciąż odsłuchuję sobie w wolnych chwilach. Zwiastun, który notabene równie dobrze mógłby być streszczeniem filmu, bo odsłania najcenniejsze konkluzje. Te prawdy o tym, że wszystko jest połączone, nasze życiorysy splatają się z dziejami innych, miłości, rozstania, zdrady – to wszystko przydarza się od wieków, wciąż tylko dotyka ludzi w innej formie, prawdy o reinkarnacji i odnajdywaniu w sobie pozostałości innych biografii. To chyba najważniejsze wnioski, które można wyciągnąć zarówno po lekturze ksiązki, jak i po zapoznaniu się z filmem. Piękne, ale oczywiście nie rewolucyjne. Podane jednak w nieszablonowy sposób, który zaważył o popularności dzieła Mitchella. I, jeśli chodzi o książkę, nie jedyne. Film pozostaje pod tym względem pusty.

Film w porównaniu z ksiązką został trochę spłycony. Doszło do wielu nieuniknionych skróceń i zmian, ale również wielu dla mnie niezrozumiałych (takich jak np. zupełnie inny wiek niektórych postaci). Nie chcę jednak pisać o filmie, który co prawda urzekł mnie wizualnie, w podsumowaniu jest tylko ładnym obrazkiem, bez większego przekazu. Wątki poszatkowano, wymieszano, by dodać w ten sposób trochę „ambitnego polotu”, ale do ksiązki mu daleko.

„Tylko trzy albo cztery razy, kiedy byłem młody, ujrzałem przelotnie Wyspy Radości, nim zniknęły we mgłach, niskich ciśnieniach, szybkich frontach, przeciwnych prądach i niesprzyjających wiatrach… Wziąłem je za dorosłość zakładając, że były stałym punktem krajobrazowym w podróży mojego życia, zaniedbałem zapisanie, na jakiej szerokości i długości leżą, którędy wiedzie do nich droga. Młody byłem i głupi. Czego bym teraz nie oddał za niezmienną mapę tego, co stale nieuchwytne? Za swego rodzaju atlas chmur.”

Dzieło Mitchella bywa niejasne. Niektóre z postaci posługują się specyficznym, archaicznym językiem (Zachariasz, Adam Ewing) – dlatego, przynajmniej w moim wydaniu, odczytanie tekstu - zwłaszcza w pierwszym przypadku, bo mamy tu do czynienia z językiem ubogim, zacofanym – bywało zadaniem karkołomnym. Jednak wiadomo, że był to celowy zabieg i patrząc na dzieło jako na całość, jestem zachwycona umiejętnościami autora – w jednej powieści stworzył tyle odmiennych światów i bohaterów, a każdemu z nich nadał wyraziste, indywidualne cechy. I chociaż to ksiązka, która skupia w sobie kilka zupełnie różnych historii, bardzo szybko zauważamy wszystkie smaczki – subtelne powiązania. Historie rozgrywają się w różnych epokach, w różnych wymiarach czasowych, może też w różnych światach? Trudno dookreślić czasem czas konkretnych wydarzeń, trudno wskazać miejsca akcji na mapie. Mitchell przedstawia zarówno czasy zamierzchłe, odległe, jak również futurystyczną przyszłość. Jednak w każdym z tych miejsc, w każdej z postaci możemy dostrzec echa współczesności.

Mitchell pokazuje zarówno okrucieństwo ludzi w dążeniu do władzy i zaspokajania własnych popędów i pragnień, ale również piękno – jednostki samotnie walczące z systemem, niosące nadzieję, piękno miłości, nawet tej tragicznej. W tych sześciu historiach każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Myślę jednak, że „Atlas chmur” to ksiązka do której trzeba wrócić – przy pierwszym odczytaniu pewnie zatraca się wiele cennych elementów. Jej niejednorodna, eksperymentalna budowa na pewno nie ułatwia interpretacji. Ale czy nie chodzi tu właśnie o to, by o tej książce myśleć?

I najpiękniejszy zwiastun: klik

wtorek, 12 marca 2013

Styczeń-luty zaległości!

Autor: Beata Szy dnia 20:05:00 13 komentarze

Długo nie pisałam z różnych powodów, więc teraz trudno mi zebrać wszystkie przeczytane w tym czasie książki. Nie będę więc silić się na recenzje, tylko podzielę się z Wami najważniejszymi przemyśleniami o danych tytułach. Braki uzupełnię, bo zgubiłam gdzieś karteczki z notatkami.

Mam też pytanie - jak sobie radzicie z edycją w nowym blogspocie, bo mnie to przeraża. Edytuję te notkę chyba od 30 min i ciągle nie jest tak, jak powinno. Macie jakiś łatwiejszy sposób na przechodzenie do nowych akapitów, wytłuszczanie czcionki itp., bez używania kodów?






Autor: Jacques Pradel, Luc Vanrell
Tytuł: „Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica”
Wydawnictwo: Znak
Stron: 246

Autor poczytnego „Małego Księcia” naprawdę był pilotem wojskowym. Zginął młodo, w tajemniczych okolicznościach w 1944 r. Wrak samolotu Exuperego zostaje odnaleziony dopiero po blisko 50 latach, a tajemnica jego śmierci znajduje rozwiązanie na kartach tej książki.

Szkoda, że biografia pisarza zostaje przedstawiona w tej książce w sposób bardzo uproszczony. Dowiemy się niewiele więcej niż np. z Wikipedii. Autorzy ogniskują akcję głównie wokół tajemniczego zniknięcia pilota i poszukiwania rozwiązania zagadki. Dla kogoś, jak ja nieobytego z terminologią lotniczą, wiele spraw pozostaje niejasnych. Myślę, że książka wymaga uzupełnień, ale autorzy zawarli w niej to, do czego dążyli. Na końcu uchylają rąbka tajemnicy i relacjonują jak przebiegał ostatni lot Exuperego. To niesamowite i tragiczne zarazem. W książce znajduje się wkładka ze zdjęciami, która potęguje emocje.

Od dawna chciałam dowiedzieć się więcej człowieku, który stworzył Małego Księcia, postać tak bliską mojemu sercu. W kolejce już czekają na mnie opowiadania pisarza. Na pewno przeczytam. Polecam „Ostatnią tajemnicę”, ale zaznaczam, że książka ma wiele niedociągnięć.

"Saint-Ex sprawia na mnie wrażenie umysłu, który n i e m o ż e przestać myśleć" - Rougemont o Antoine de Saint-Exupery'm.





Autor: Paula McLain
Tytuł: „Madame Hemingway”
Wydawnictwo: Bukowy Las
Stron: 400


Idąc dalej tropem wielkich nazwisk, sięgnęłam po powieść na motywach biografii Ernesta Hemingwaya i jego żony. Z kart książki wyłania nam się postać kobiety raczej naiwnej, prostej, która właściwie nie wiadomo czym zauroczyła mistrza. Ale Hadley jest przy nim, gdy nazwisko Hemingway jeszcze nikomu nic nie mówi. Obserwuje, jak rodzi się gwiazda. Wspiera w walce o sławę. A droga na szczyt była bardzo wyboista. Szkoda tylko, że im dalej, tym Hemingway wydaje się coraz mniej sympatyczną osobą. Jednak zaciekawiona życiorysem twórcy również mam ochotę przeczytać coś więcej niż opowiadanie „Stary człowiek i morze”, do którego też, rzecz jasna, chciałabym wrócić.





Autor: Edmund White
Tytuł: „Zuch”
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Stron:


Ta kontrowersyjna książka podobno zapoczątkowała nurt gejowski w literaturze. Wcześniej mówiono o tym nieśmiało, teraz tematyka homoseksualna przeżywa rozkwit. Co znaczące, nastoletni bohater powieści nie tylko nie radzi sobie ze swoją seksualnością, ale i jest przekonany o własnej chorobie. Nie akceptuje odmienności, szuka metody, która raz na zawsze mogłaby wykorzenić z niego zło. Jednak kolejne próby nie przynoszą efektów.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, jednak bardzo dojrzałe przemyślenia świadczą o perspektywie czasowej, z której przemawia do nas mówiący. Styl, który może wielu zniechęcić czy znużyć – tutaj nie dzieje się zbyt wiele, a większość opisów koncentruje się na przemyśleniach głównego bohatera.

Przyznam, że książkę czyta się raczej wolno i potrzeba oddechu, krótkich przerw od jej treści. Niemniej warto przyjrzeć się jej bliżej.







Autor: Haruki Murakami
Tytuł: „Sputnik Sweetheart”
Wydawnictwo:Muza
Stron:


„I wtedy przyszło mi coś do głowy. Co prawda jesteśmy dla siebie nawzajem doskonałymi towarzyszami podróży, lecz ostatecznie przypominamy samotne bryły metalu krążące po osobnych orbitach. Z oddali wyglądamy jak piękne spadające gwiazdy, które jednak w rzeczywistości są więzieniami, gdzie każda z nas tkwi zamknięta samotnie, zmierzając donikąd. Kiedy przecinają się orbity tych satelitów, możemy się spotkać. Może nawet otworzyć przed sobą serca. Ale tylko na krótką chwilę. Już w następnej pogrążamy się w absolutnej samotności. Dopóki nie spłoniemy i nie obrócimy w nicość.”

Murakami po prostu. Niech cytat wystarczy za recenzję.

Dla ludzi, których nie irytują niejasne czy otwarte zakończenia. Lubiących mgiełkę tajemnicy, która już zawsze nas osnuwa, gdy wracamy pamięcią do tego tytułu.

I pojęcie Doppelganera. Nie znałam go wcześniej. To jak zobaczyć nagle samego siebie. Żyć jednocześnie dwoma życiami, w dwóch światach. Interesująca koncepcja, warto poszperać w Internecie.







Autor: Justyna Bargielska
Tytuł: „Obsoletki”
Stron:
Wydawnictwo: Czarne


Autorką jest poetką. To już wiele mówi o tej prozie. Delikatnej, wrażliwej, wyrazistej. Słowo jest tu kluczem. A temat? Tak kobiecy, tak bolesny, a przy tym autorka dokonała czegoś, wydawać by się mogło, niemożliwego. Potrafi pisać o nim bez patosu, wtłaczać go w formę anegdoty. Pojawia się nawet humor. A jednak wciąż krążymy wokół straty. O poronieniach, w tak dotkliwej liczbie mnogiej. Trzeba jednak odpowiednio nastawić się przed tą lekturą. Z początku spodziewałam się czegoś innego. Szukałam smutku i bólu, nie znalazłam go na pierwszych stronach. To, co bolesne, przychodzi z czasem. Może zaskoczyć, wyrosnąć nagle, niespodziewanie, miażdżyć. To książka, która jeszcze długo potem siedzi w głowie. I w sercu.

„Przeczytałam wtedy siedmiutsetstronicowy kryminał w miękkiej okładce w jedną noc, czekając na wypis, zamiast się zastanawiać, czy jeśli ewentualnie moje dziecko składało się z większej liczby elementów, dołożyli po zabiegu te brakujące elementy do słoika. Kiedy po jakimś czasie odebrałam wyniki badań jego zawartości, nie dowiedziałam się z nich niczego ponadto, że przez jakiś czas byłam grobem. Według mnie to się nie nadawało na terapię.”







Autor: Suzanne Collins
Tytuł: „Igrzyska śmierci”, „W pierścieniu ognia”, „Kosogłos”
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron:


I ja się w końcu doczekałam i pochłonęłam trylogię. Może jestem jednak już trochę za „stara”, bo nie uległam ogólnym zachwytom. Jedynkę czytało mi się dość ciężko, gdyż wciąż miałam w głowie obrazy z filmu, które przeganiały wydarzenia. Nikt nie lubi czytać książki po obejrzeniu ekranizacji, to zdecydowanie zła kolejność. Jednak niezrażona brnęłam dalej.

Dwójka nudziła mnie raczej... Do momentu, gdy ogłoszono zasady kolejnych Igrzysk i sposób wybierania trybutów. Tu Collins rzeczywiście się popisała, fantastyczny zwrot akcji. Bardzo spodobało mi się to rozwiązanie, wniosło emocje, których zaczynało już brakować.

Trójka.... Jakoś inaczej wyobrażałam sobie walkę o wyzwolenie. Tę część czytało mi się chyba najtrudniej. Pomijając już niedoróbki językowe, wciąż brakowało mi jednego: dlaczego mimo że spędzamy z bohaterami już tyle czasu, nadal tak mało o nich wiemy? Katniss wydaje się osoba zimną, nieczułą, wręcz egoistyczną. Owszem, tyle robi dla ludzi wokół, dla swoich bliskich, ale brakuje tu gdzieś wiarygodności, przekonania. Bohaterka bardziej przypomina zmiecha niż człowieka. Collins stworzyła dobre sytuacje, tragiczny trójkąt miłosny, a jednak nie wyciągnęła z owych powiązań tyle, ile się dało. Skupiła się raczej na przemocy, na walce, na ciągłym głodzie. Nie satysfakcjonuje mnie to. No i zakończenie również nie wywołało we mnie głośnego „ach!”.

Postaram się teraz pisać na bieżąco, gdyż trudno przygotowuje się takie zbiorcze notki.

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon