czwartek, 30 sierpnia 2012

Ann-Marie MacDonald: "Co widziały wrony"

Autor: Beata Szy dnia 19:24:00 19 komentarze



Autor: Ann-Marie MacDonald
Tytuł: "Co widziały wrony"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 846






Pamięć przechowuje nawet to, co najstaranniej pragniemy z niej wykluczyć. Zwłaszcza to.
Potrafi wysyłać nam sygnały, przypominając to, co wiele lat temu udało nam się ukryć na jej dnie. Nie zwycięża jej czas – w najmniej spodziewanym momencie, z mglistych, częściowo zakrytych klisz, zaczynają wyłaniać się ostre obrazy. Nawet takie, o których wolelibyśmy nie wiedzieć. Które staraliśmy się zepchnąć w podświadomość, wmawiając sobie, że nigdy nie uczestniczyliśmy w podobnych wydarzeniach. Latami mogło nam się wydawać, że dopięliśmy swego. Ale pamięć czeka. Nasłuchuje, bada, ostrożnie wypuszcza korzenie. Coś, co przydarzyło nam się w dzieciństwie, co zamazał upływ czasu, niekoniecznie musiało przepaść. Wspomnienia śpią. Ale wystarczy zapalnik, który je rozbudzi. Wtedy wypływają. Pytania, namnożone przez lata, mogą znaleźć odpowiedzi. Wydarzenia, które wystraszone dziecko wyrzuciło z myśli, mogą powrócić. Wystarczy zrobić ten krok, uczepić się strzępków wspomnień. Trzeba posunąć się do przodu, wyłapać przekaz. Trzeba chcieć.

"Po wojnie wyjrzało słońce i świat nagle ukazał się naszym oczom jak w technikolorze. Każdemu przyświecała jedna myśl. Założyć rodzinę. Mieć dużo dzieci. Robić wszystko jak należy."

Madeleine, kilkuletnia dziewczynka, prowadzi wędrowniczy tryb życia. Jej rodzina ciągle się przemieszcza, za sprawą charakteru pracy ojca – pułkownika lotnictwa. Osiedlają się w kolejnych bazach wojskowych, w szeregowych, bliźniaczych domkach, o rozmieszczeniu podobnym do poprzednich. Nigdzie nie zagrzewają miejsca dłużej niż dwa, trzy lata. Ale dziewczynka nie zna innego życia, więc nie rozumie ile traci. Przyzwyczaiła się. wie, jakimi prawami rządzi się taki świat. Potrafi się błyskawicznie zaklimatyzować w nowym miejscu. Na pamięć zna harmonogram adaptowania się w nowej społeczności. Nim nadchodzi pierwszy dzień czwartej klasy nawiązuje pierwsze znajomości. Wieczory spędza w ramionach ukochanych rodziców. Popołudniami droczy się ze starszym bratem. Do łóżka kładzie się z wierną maskotką, sfatygowanym królikiem Bugsem. Czas płynie niemal sielsko. Jednak w ten pogodny, uporządkowany świat wkrótce wkroczy coś mrocznego. Niebezpieczeństwo czyha tuż za rogiem.

Opis wydawcy zdradza moim zdaniem zbyt wiele, ale skoro się na to zdecydowano, i ja powtórzę pokrótce zarys fabuły. Mieszkańcami bazy wstrząsa straszliwa wiadomość. Ginie mała dziewczynka, Claire. Madeleine zna ją ze szkoły, chodziły razem do klasy. Madeleine wie o wiele więcej, ale świadomość małego dziecka nie jest w stanie połączyć w całość elementów puzzli. Ona sama cierpi: została okaleczona przez człowieka, przez mężczyznę. Świat Madeleine zostaje odarty z niewinności. Nic nie jest w stanie jej przywrócić. Rozwiązaniem wydaje się milczenie…

Kika równoległych historii zazębia się w jednym punkcie. Śmierć jednej dziewczynki na zawsze zmieni życie kilku osób. Musi minąć dwadzieścia lat, żeby Madeleine otworzyła oczy. Jako dorosła kobieta wydaje się nam nie do poznania. Czy to naprawdę ta mała dziewczynka? Tak wyrosła? To się z nią stało? Ale szybko łączymy poszczególne elementy. Zauważamy, dlaczego. Ona też będzie musiała poskładać przeszłość w całość. Wtedy będzie mogła powrócić do tamtego lata. Zobaczy, co widziały wrony. Ptaki, będące świadkiem morderstwa.

Książka Ann-Marie MacDonald chodziła za mną bardzo długo. Miała w sobie magnetyczną siłę, przyciągającą mnie bez reszty. I chociaż dziewczynka z okładki niewiele ma wspólnego z główną bohaterką – już pierwsze strony zdradzają, że Madeleine ma krótko ścięte włosy – nie mogę nie wspomnieć, jakie wrażenie robi na mnie okładka. Jest cudowna, wprowadza w klimat tej opowieści.

MacDonald ma specyficzny styl pisania, który można albo pokochać, albo znienawidzić. Akcja płynie bardzo wolno, leniwie, spokojnie. Nikomu się nie spieszy. Poznajemy myśli poszczególnych bohaterów, zbliżamy się do nich. Autorka tworzy pełną, rozległą panoramę. Kreśli kolejne sylwetki bohaterów, ich własne historie, zależności. Dowiadujemy się co nieco o strukturze lotnictwa, o zawodowych obowiązkach Jacka. Odkrywamy obraz świata po wojnie – nadzieje i lęki ludzkości. Obserwujemy wyścig, jaki Amerykanie toczą z Sowietami – o to kto postawi pierwszy nogę na Księżycu. I za jaką cenę… Dowiadujemy się jak działa twardy, polityczny system i jak łatwo pogrążyć się w tej bezdusznej maszynie. Jack wplątuje się w aferę, powierzono mu tajne zadanie, jednak sam nie przeczuwa, jaką lawinę wywoła. Razem z Madeleine przeżyjemy gorzkie, traumatyczne chwile, które zmienią ją na zawsze. Będziemy krzyczeć: Nie, tylko nie to! Świat jednak jest okrutny. Nikt nas nie usłyszy. Nie zmienimy biegu wydarzeń. Nie uchronimy tych dziewczynek przed najgorszym, co mogło je spotkać. Nie będziemy mogli zrobić nic, kiedy na ławie oskarżonych zasiądzie niewinny…



Książka jest wstrząsająca. Głównie dlatego, że taka prawdziwa, żywa, realna. To mogło wydarzyć się wszędzie. To mogło spotkać każdego. Sielskość miesza się tu z brutalnością. Prawda nie zawsze uszlachetnia. Dzieciństwo kształtuje dorosłe życie. Dorosły wysługuje się dzieckiem. Skazy są niezmywalne. Kąsają od środka.

„Co widziały wrony” to niemal 850 stron niesamowitej opowieści, od której nie mogłam się oderwać. Do morderstwa dochodzi na ok. czterechsetnej stronie, więc ci, którzy spodziewają się pikantnego kryminału, raczej się zawiodą. Dorosłe życie Madeleine objętością zajmuje niecałe 1/4 książki. Te liczby mówią same za siebie. Mimo, że – jak już wspomniałam – akcja płynie wolno, niemal sennie, nie można się nudzić przy tej książce. Oczywiście nie każdemu się spodoba – trzeba do niej dojrzeć i lubić podobny sposób prowadzenia narracji.

Książka bardzo mi się podobała. Mimo, że wpleciono w nią dialogi po francusku, które nie zawsze rozumiałam. Mimo, że czasem chciałam krzyczeć: „nie, to się nie może tak skończyć, to nie tak!”. Mimo, że niektóre sceny mnie przerastały. Autorka jest subtelna, stosuje niedopowiedzenia, które tym silniej działają na wyobraźnię. Bardzo zżyłam się z główną bohaterką – autorka świetnie zobrazowała proces dojrzewania, doskonale wczuła się w psychikę małego dziecka. Pozostali bohaterowie również zostali przedstawieni bardzo wiarygodnie. Historia silnie oddziałuje na emocje.

Już zaczynam się rozglądać za „Zapachem cedru”, debiutancką powieścią tej autorki. Jestem pewna, że również mnie zachwyci. Ode mnie mocna szóstka!

Ocena: 6/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki &Weltbild


środa, 29 sierpnia 2012

Zjazd Blogerów na katowickich Targach Książki

Autor: Beata Szy dnia 11:34:00 13 komentarze
Na stronie katowickich Targów Książki pojawiła się informacja o I zjeździe blogerów - w sobotę, 8 września. Tego samego dnia zostanie wręczona nagroda dla blogerów w konkursie eBuka oraz przyznana zostanie Złota zakładka. Niestety niewiele dodatkowych informacji potrafię odnaleźć. Wybiera się ktoś?

Info: tutaj

wtorek, 21 sierpnia 2012

Stosik nie byle jaki :)

Autor: Beata Szy dnia 20:03:00 24 komentarze


Nie ma mnie, bo wsiąkłam z wronami, a konkretnie z książką A. Macdonald, która ma prawie 850 stron.
W ostatnich dniach wskutek wymian (i nie tylko) przywędrowało do mnie mnóstwooo tytułów, także mam zapas chyba na najbliższe 3 miesiące i aż nie wiem za co się najpierw zabrać.

Choć ostatnio na pewnym forum zawrzała dyskusja na temat tego czy wypada pokazywać stosiki, czy nie, ja swój zaprezentuję jeszcze tym razem. Jest dla mnie ważny, ponieważ w 60 proc. zawdzięczam go wymianom. Wprost nie mogę uwierzyć, że w ten sposób udało mi się zebrać tak wiele książek z mojej listy. Dzięki dziewczyny!

Na zdjęciu numer jeden zawartość pierwszych przesyłek, które do mnie przyszły. Wszystkie umilacze są prezentem od Kadzi. Niezmiernie mi miło!
A dalej to już stosik w komplecie :)



I tak po krótce od góry:
"Delirium" - wymiana
"Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości" - recenzyjna
"Anioł" i "Gwiazda anioła" - wymiana, prezent dla mojej młodszej siostry :)
"Najgorsza rzecz, jaką zrobiła" i "Jeśli zostanę"- wymiana
"Madame Hemingway" - wymiana
"Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica." zakup własny
"Żona tygrysa" zakup własny
"Co widziały wrony" recenzyjna

Czytaliście?

środa, 15 sierpnia 2012

Laura Esquivel: "Z szybkością pragnienia"

Autor: Beata Szy dnia 15:34:00 8 komentarze




Autor: Laura Esquivel
Tytuł: "Z szybkością pragnienia"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 158




Trudno mi napisać cokolwiek o książce, która wywołała we mnie nijakie emocje, więc będzie krótko. Właściwie zaczynając czytać „Z szybkością pragnienia” nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, ale wzmianka, że Laura Esquivel jest autorką bestselleru „Przepiórki w płatkach róży” dawała nadzieję. Choć każdy wie, że w dzisiejszych czasach co druga wydawana książka określana jest bestsellerem – promocja robi swoje. Niestety często za tym terminem nie stoi żadna wartość. Ale to już kwestia na zupełnie inne wywody.

Największym plusem książki jest fakt, że opisuje ona już trochę zapomniane urządzenie, jakim był telegraf. Wszystkie ciekawostki techniczne związane z tym sposobem komunikacji, praktyką i przekazywaniem wiadomości alfabetem Morse’a były interesujące. Fabularnie już trochę gorzej: historia staruszka Jubila, którego poznajemy u kresu życia, zmożonego chorobą Parkinsona, pozbawionego wzroku i niemego. Pielęgnuje go córka, mająca w pamięci obraz ojca pełnego wigoru i wdzięku, obdarzającego zaraźliwym darem radości każdego, z kim przebywał. Jubilo także wraca myślami do swojej młodości. Do czasów, gdy dorastał, poznał swoją piękną żonę i spędził z nią najszczęśliwsze lata życia. Jednak teraz, kilkadziesiąt lat później, mężczyzna jest sam, rozstał się z żoną i nie widział jej od wielu lat. Kontrast pomiędzy tym, co było, a jak wygląda życie Jubila teraz, jest przykry. Co więc się stało? Dlaczego?

Treść jest raczej banalna.
Denerwowało mnie sprowadzanie wielkiej miłości, która rzekomo narodziła się między Jubilem i Luchą głównie do łóżka – podkreślanie tego, ile razy dziennie w nim lądowali i jak hojnie obdarzali się pieszczotami. Punkt kulminacyjny, którym było wyjawienie co ostatecznie rozdzieliło parę i przekreśliło ich miłość, rozczarował mnie. Oczywiście – na łożu śmierci małżonkowie dostają szansę od losu na wybaczenie sobie dawnych urazów. Czy ją wykorzystają, łatwo się domyślić. Irytująca była też postać Luchy, która wychowała się w dostatku i przywiązywała wielką wagę do pieniędzy – a Jubilo, biedny telegrafista, nie mógł zaspokoić jej potrzeb. Jej przesadzony materializm i przekonanie, że mieć pieniądze = być szczęśliwym, doprowadzało mnie do szewskiej pasji.

Książka raczej nudna,, nie wzbudzająca żadnych głębszych emocji, napisana właściwie nie wiadomo po co. Dużo górnolotnych, pustych słów, moralizatorstwa, patosu i truizmów. Zabrakło prawdy. Bohaterowie wydają się jakby wycięci z szablonu, sztywni i miałcy. Czasami trudno ich zrozumieć. Największym plusem tej książki jest jej niewielka objętość. Czytałam, mając nadzieję, że jednak czymś mnie zaskoczy. Nie udało się. Odradzam.

Ocena: 2/5

niedziela, 12 sierpnia 2012

"Mroczny Rycerz powstaje"

Autor: Beata Szy dnia 22:04:00 13 komentarze

Dziś parę słów o najnowszym „Batmanie”. Filmu nie mogłam się doczekać odkąd zobaczyłam ten genialny zwiastun:

klik

Wcześniej obejrzałam w domu dwie poprzednie części trylogii. Chciałam sięgnąć też po wcześniejsze ekranizacje kultowego komiksu, jednak w tym momencie odezwał się mój przewrotny gust filmowy, odrzucający wszystko (no, prawie), co powstało wcześniej niż piętnaście-dwadzieścia lat temu. Tamte filmy z punktu widzenia współczesnego kinomaniaka mogą wydawać się po prostu śmieszne i karykaturalne. Ja właśnie tak mam, i choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafię się przekonać do starszego kina. Klasyka klasyką, ale jestem zdecydowanie za postępem.

„Batman” to historia o tym jak swoje lęki przekuć na siłę. Bohater nie zostaje obdarzony żadnymi nadnaturalnymi mocami – swoją moc zawdzięcza tylko i wyłącznie treningowi fizycznemu, samozaparciu i… efekciarskim gadżetom. Bruce Wayne to zwyczajny mieszkaniec mieszaczka Gotham (no może drobnym szczegółem jest tu fakt, że ma na swoim koncie więcej zer niż przeciętny), który po tragicznej i niesprawiedliwej śmierci rodziców całkowicie się zmienia. Postanawia, że nigdy nie będzie już cierpiał, i równocześnie wypowiada wojnę wszelkiemu złu. Staje na straży miasta, lecz tak jak dzieje się to w przypadku innych bohaterów, jego postać szybko zostaje zrzucona z piedestału. Władze miasta nie doceniają jego potencjału, widząc w nim tylko bandytę.


W najnowszym filmie w reżyserii Ch. Nolana Batman znów będzie musiał wrócić do gry, choć przed wieloma latami zaszył się zrezygnowany w swojej rezydencji, samotny i nieszczęśliwy. Jego przeciwnikiem będzie Bane – przebiegły, inteligentny i piekielnie silny mężczyzna z tajemniczą maską na twarzy. Trzeba przyznać, że kiedy Bane pojawia się na ekranie, coś w człowieku zamiera. Jego głos, zniekształcony przez maskę, budzi prawdziwy lęk. Równolegle oprócz strachu, Bane wzbudza głęboki respekt. Tom Hardy naprawdę „przypakował” do tej roli, jest nie do poznania. W filmie - co przypisuję na plus – obok morderczego instynktu zostaje ukazana też ludzka słabość Bane’a. Nie jest on złem skończonym, zachowuje ludzkie odruchy. To człowiek pokrzywdzony przez los, który jednak obiera w życiu inną ścieżkę niż Batman.

Również Anne Hathaway w roli Kobiety-Kota spisała się znakomicie. Choć nie przepadam za tą aktorką (jeszcze od czasów „Pamiętnika księżniczki”) muszę obiektywnie przyznać, że jest idealnie stworzona do tej roli. Uwodzicielska, sprytna i przebiegła jednocześnie. Stanowią z Batmanem zgrany team – oczywiście kiedy wreszcie udaje im się dogadać.

No i Christian Bale w tytułowej roli Mrocznego Rycerza. Bardzo lubię tego aktora (pierwszy film, jaki z nim obejrzałam to „Equilibrium”). Mimo że krążą różne opinie o jego chorobliwym wręcz zaangażowaniu w role i szalonym perfekcjonizmie (na potrzeby filmu „Mechanik” schudł prawie 30 kilogramów), nie da się ukryć że jego kreacje są naprawdę dobre. Tak jest i tym razem. Doskonale wciela się w postać upadłego bohatera, który będzie musiał zmierzyć się z samym sobą zanim powróci na scenę.

Jest jeszcze jedna postać, o której chciałabym dorzucić swoje trzy grosze. Znany z „Incepcji” Joseph Gordon-Levitt w roli policjanta Johna Blake’a. Jako typowa kobieta chodzę do kina także po to, by sobie popatrzeć, a ów aktor jest doskonałym obiektem westchnień. Synonim sprawiedliwości w najlepszym wydaniu. No i otwarte zakończenie, w którym Blake odsłania swoje drugie oblicze daje pewne nadzieje na to, że być może jeszcze zobaczymy tę postać w akcji.

Film trwa prawie trzy godziny – po wyjściu z kina spojrzałam na zegarek i byłam w szoku, że już tak późno. Są momenty, że zaczyna się dłużyć, ale raczej nie odczuwa się tego, że jest aż tak długi. Pojawia się też element zaskoczenia w końcowych scenach. Podsumowując: kawał dobrego kina akcji, nakręconego z rozmachem i patosem. Nie brakuje też banału – jak końcowa scena w restauracji - ale każdy fan Batmana przymknie na oko na drobne niedociągnięcia.

Ocena: 5/6

środa, 8 sierpnia 2012

Brunonia Barry: "Wróżby z koronek"

Autor: Beata Szy dnia 19:32:00 17 komentarze

Na początek wciąż zapraszam do notki poniżej, gdzie oferuję kilka książek do wymiany, a teraz już spieszę z najnowszą recenzją.



Autor:
Brunonia Barry
Tytuł: "Wróżby z koronek"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 432


Łagodny wzór koronek na powiece dziewczyny z okładki sprawił, że wzięłam tę książkę do ręki. Porównanie „równie szokująca jak Szósty zmysł” przekonało mnie, że powinnam się zastanowić nad tym tytułem. Przewertowanie książki i rzut na promocyjną cenę poskutkowały zakupem „Wróżb z koronek” B. Barry.

„Nazywam się Towner Whitney. Nie, to nie całkiem prawda. Właściwie mam na imię Sophya. Nigdy mi nie wierzcie. Kłamię przez cały czas. Jestem szalona… Ostatnie zdanie to prawda.”

Towner, zawiadomiona przez brata o zaginięciu swojej ciotecznej babki Evy, wraca do rodzinnego miasta – Salem. To miejsce, które opuściła kilkanaście lat wcześniej, przywołuje wspomnienia. Nie zawsze słodkie i niewinne. Kobieta, która pragnie przede wszystkim zerwać z przeszłością, będzie zmuszona stawić jej czoła. Wróżby od których starała się uwolnić, znów zdominują jej życie. Kobiety z rodu Whitneyów posiadły magiczną zdolność przepowiadania przyszłości z koronek. Towner jako nastolatka odrzuciła ten dar. Po samobójczej śmierci siostry bliźniaczki, o którą po części się obwinia, poprzysięgła, że nigdy już nie spojrzy w koronki. Ale czy można uciec przed przeznaczeniem? Każdy dar ma swoją cenę…

Powieść przeleżała trochę na mojej półce, gdyż po początkowej fali entuzjazmu szybko przyszło zniechęcenie – książka zdobywała raczej niskie noty w recenzjach, które napotkałam. Wreszcie nadszedł czas, by dać jej szansę. Początki były trudne – język powieści momentami wydawał mi się zbyt pospolity, prosty. Pojawiały się też odstraszające kwiatki (typu: „poinformowałam szpital, że zamierzam iść na studia, jak pierwotnie zamierzałam”). Jednak później z każdą kolejną stroną postać zagubionej Towner stawała mi się coraz bliższa. Bohaterka bardzo leniwie odsłania przed czytelnikiem kolejne sceny ze swojej przeszłości, sama odkrywając je na nowo – po leczeniu w szpitalu psychiatrycznym jej pamięć krótkotrwała uległa uszkodzeniu. Czasem nie jesteśmy pewni, czy wydarzenia, o których opowiada, miały miejsce w rzeczywistości, czy może jej się przyśniły? A może je sobie wmówiła? Bardzo szybko można zauważyć, że w tym schemacie jest jakaś luka, że coś tu ze sobą nie przystaje, gdzieś pomiędzy niedomówieniami czai się druga prawda. To książka z tych, które tak lubię – wymaga czytania między wierszami, skupienia uwagi i wyciągnięcia wniosków, nie zawsze zgodnych z tymi, jakie przedstawia bohaterka.

Książkę czyta się szybko – o ile damy jej się ponieść, przekonamy się do jej niecodziennej natury. Rozdziały są bardzo krótkie. Każdy z nich poprzedza porada z „Podręcznika wróżenia z koronek”. Akcja często cofa się wstecz, do dzieciństwa bohaterki, jednak brak tu wyraźnego ukonkretnienia czasu („tamtego lata”, „pamiętam jak”). W pewnym momencie poznajemy świat z zapisków, jakie Towner prowadziła w szpitalu. Czasem narracja z pierwszoosobowej przeskakuje w trzecioosobową – dzięki temu zwiększa się i nasz kąt widzenia.

Chociaż miałam swoje przeczucia i przypuszczenia co do interpretacji pewnych fragmentów, zakończenie książki i tak mnie poruszyło. Cieszę się, że sięgnęłam po tę pozycję i że nie zniechęciłam się różnymi opiniami. Uważam, że naprawdę warto przeczytać „Wróżby z koronek”. Nie chcę zdradzać, jakie książki mi przypomniała, żeby nie odkryć za bardzo sekretu, który w sobie skrywa, powiem jednak, że dla lubiących niejasności i odszukiwanie drugiego dnia w każdym słowie będzie to powieść idealna. Wolę niedomówienia niż niepotrzebny patos i banał. Ta książka działa właśnie w taki sposób. Oczywiście, o ile zostanie zrozumiana przez czytelnika.

Ocena: 4,5/5

wtorek, 7 sierpnia 2012

Mam do wymiany... :)

Autor: Beata Szy dnia 21:50:00 4 komentarze
Robię małe porządki na regałach i w ich wyniku znalazło się parę książek, które chętnie wymieniłabym na inne. Poniżej zdjęcie i tytuły.



M. Jennings: Detektyw Murdoch (trzy tomy: Ostatnia noc jej życia, Pod gwiazdami smoka, Biedny Tom już wystygł)
A. Potter: Kim jest ta dziewczyna?
K. Dunn: Jarmark odmieńców
B. i K. Desserich: Wiadomość z nieba
O. Potzsch: Córka katazarezerwowana
A. Flegg: Skrzydła nad Delft
T. Hudson: Pomiędzy zarezerwowana
K. Creagh: Nevermore. Kruk zarezerwowana
G. Carl: W twoich rękach
J. Małecki: W odbiciu
R. Whitfield: Gladiatorka zarezerwowana
Melissa P.:Zapach twojego oddechu
T. Parsons: Kroniki rodzinne
S. Berman: Dziewczyna, która pływała z delfinami zarezerwowana
A. Kava: Dotyk zła (inna okładka, nowsze wydanie)
A. Janko: Dziewczyna z zapałkami


Jeżeli ktoś jest zainteresowany proszę o info na maila beataszymura@gmail.com i propozycje do wymiany. Najbardziej zależy mi na ksiązkach:
Madame Hemingway, Najgorsza rzecz jaką zrobiła, książki Murakami'ego, Saint Exupery. Ostatnia tajemnica, Pamiętnik róży, trylogia Igrzyska śmierci, Zanim zasnę, Służące, Złodziejka książek, Żona Tygrysa, Życie Pi, Pożeracz snów, Delirium, ale jestm otwarta na wszystkie propozycje :)

sobota, 4 sierpnia 2012

Stan Lauryssens: "Dali i ja"

Autor: Beata Szy dnia 11:46:00 11 komentarze


Autor: Stan Lauryssens
Tytuł: "Dali i ja"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 224



Salvador Dali to nazwisko, które zna chyba każdy. I nawet jeśli nie jesteśmy pasjonatami sztuki, nazwisko tego hiszpańskiego malarza w naszych głowach od razu konotuje pewne symbole. Przede wszystkim wywołuje termin surrealizm, a zaraz potem znane z obrazów malarza wizerunki topniejących zegarów, płonącą żyrafę, kule inwalidzkie, wędrujące mrówki, motyle. Ekscentryczny pan z długimi, nawoskowanymi w górę wąsami uważany jest za geniusza, a jego dzieła, balansujące na granicy snu i jawy, zachwycają do dziś. Jaki był naprawdę? Jakie sekrety skrywa jego biografia? Czy jego sława nie jest przesadzona? Stan Lauryssens w książce „Dali i ja” odpowiada na te i inne pytania.


Ta powieść łotrzykowska jest jednocześnie traktowana przez samego autora jako literatura faktu – opisuje on wydarzenia, których sam był uczestnikiem, świadkiem, albo o których mu opowiedziano. W czasach, gdy Dali podbijał świat, Lauryssens został handlarzem, specjalizującym się w malarstwie Dali’ego. Wyszukiwał wpływowych inwestorów, którzy pragnęli ulokować swoje nielegalnie zdobyte fortuny w czymś, co po latach przyniosłoby im zysk. Dali świetnie się do tego nadawał. Był przebojem – ekscentrycznym geniuszem, o którym rozpisywała się prasa, który pojawiał się w mediach. Jego obrazy osiągały na aukcjach niebotyczne sumy. Złote zdanie Stana, że po śmierci Dali’ego produkcja ustanie, a popyt się zwiększy, przekonywało inwestorów. Obiecywał im, że odkupi dzieła z wielokrotnym przebiciem. Trzeba tylko poczekać, aż mistrz wyzionie ducha. To skutkowało. Bogacze dawali pieniądze, handlarz wyszukiwał nowe obrazy. Wszystkie opatrzone były sygnaturą pisarza, dołączano do nich certyfikat autentyczności. Nikt o nic nie pytał, nikt nie miał wątpliwości. W rzeczywistości słynne obrazy malarza produkowane były na szeroką skalę: fałszowano je i robiono odbitki. Rynek zalewany był nieautentycznym Dalim. Taki proceder musiał w końcu zebrać swoje żniwo…

Książka traktuje przede wszystkim o nielegalnym rynku handlu sztuką, ale jest też kopalnią wiedzy o osobie Dali’ego. O tym, jaki był naprawdę ten dziwny, charyzmatyczny człowiek. Odkrywa jego prawdziwe oblicze i wstydliwe fakty z życia malarza i jego muzy, żony Gali. Para kochała się w pieniądzach i zrobiłaby dla nich wszystko. Ponadto żyła ponad stan. Dali słynął z organizowania kontrowersyjnych imprez, na których dochodziło do orgii. Sam uwielbiał się ze sobą zabawiać, podczas gdy jego żona-nimfomanka, płaciła młodym mężczyznom za seks. Lubował się w małych chłopcach. Nie znał umiaru, przekraczał granice dobrego smaku. Kultywował siebie, wyrósł na ikonę. To on w głównej mierze przyczynił się do zaprzepaszczenia swojej ogromnej fortuny w ostatnich latach życia. To on uruchomił nieodwracalny proces powielania, fałszowania i kantowania. A wszystko to przez pieniądze…Stworzono nawet anagram z jego imienia: Avida Dollars (chciwy na dolary).



Język autora książki jest bardzo dosadny, szorstki i wyrachowany, jak on sam. Przez lata Lauryssens wrósł w swój zawód kanciarza i oszusta łasego na miliony swoich klientów, i właśnie ten wizerunek znajduje odzwierciedlenie w jego sposobie prowadzenia narracji. Pisarz jest oszczędny w słowie i często brutalny – nie waha się przed przytaczaniem najwstydliwszych kawałków. Wydaje się człowiekiem bez uczuć, który podobnie jak Dali, koncentruje się jedynie na zyskach. Bywa okrutny, ale za sprawą szczerości do bólu. Nie owija w bawełnę, nie ma czasu na sentymenty.

Ze wspomnień Lauryssensa wyłania się portret człowieka-szaleńca. Dali nie budzi sympatii, jest wręcz odrażający. Gdzieś w trakcie lektury zatracamy szacunek do malarza jako artysty. I choć w pamięci mamy najznakomitsze z jego dzieł, czujemy dziwne zażenowanie. Książka „Dali i ja” otwiera oczy, ukazuje tamten czas z drugiej perspektywy i uświadamia kim tak naprawdę był Dali. Mimo talentu i surrealistycznej wyobraźni, których nie da się mu odmówić, Dali w ostatecznym rozrachunku okazuje się… Ale o tym w książce :)



Mną osobiście powieść wstrząsnęła, ale cieszę się, że na nią natrafiłam. Dali pozostaje dla mnie postacią oryginalną, pełną sprzeczności, nękaną obsesjami. Na pewno jeszcze nie raz sięgnę po pozycje, które pozwolą mi przybliżyć jego sylwetkę i zinterpretować obrazy. Oczywiście polecam!

Ocena: 5/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki &Weltbild

piątek, 3 sierpnia 2012

Lato z książką i Wydawnictwem Zysk i S-ka

Autor: Beata Szy dnia 17:54:00 4 komentarze
Lato z książką




W najbliższy weekend (11-12 sierpnia) Wydawnictwo Zysk i S-ka zaprasza wszystkich miłośników czytania na niezwykłą imprezę, organizowaną w Łebie.


Wakacje nie mogą odbyć się bez literatury - w związku z tym, na terenie Portu Jachtowego w Łebie wszyscy wczasowicze będą mieli okazję spotkać się z popularnymi autorami, których dzieła publikuje Wydawnictwo Zysk i Spółka oraz zapoznać się z najnowszymi przebojami literackimi. W Łebie pojawią się m.in. Małgorzata Kalicińska, Robert Gwiazdowski, Sławomir Cenckiewicz, Zofia Kucówna i Jacek Pałkiewicz. Każdy z gości zaprezentuje swoją najnowszą książkę i odpowie na pytania czytelników.

Oprócz wspaniałej literatury na uczestników spotkania czekać będą liczne atrakcje, m.in.: strefa silent book, gdzie każdy z gości będzie mógł odstresować się przy audio-booku i darmowym drinku oraz Gra o tron - strategiczna zabawa miejska dla dzieci i dorosłych.

Więcej informacji:

tutaj
i tu.

Ja do Łeby co prawda mam dalekoo - to prawie drugi koniec Polski, ale może ktoś z Was się wybiera?

środa, 1 sierpnia 2012

J. K. Rowling: "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć"

Autor: Beata Szy dnia 10:40:00 11 komentarze

Autor: J. K. Rowling & Newt Skamander
Tytuł: "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć"
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 72



Recenzję miałam napisać jeszcze przed urlopem, ale oczywiście nie zdążyłam ;) Będzie krótka, jak sama książeczka, o której mam zamiar napisać. A chodzi o poradnik „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” Newta Skamandera, który mugolom przybliża… J.K. Rowling ( w tłumaczeniu niezastąpionego A. Polkowskiego). Potterowcy zapewne już wiedzą o czym mówię :)

Niewielkich rozmiarów i o skromnej objętości książeczka, która bardziej przypomina notesik (ma 72 str., z czego 48 stanowi właściwy bestiariusz), w Hogwarcie służy młodym adeptom sztuki czarodziejskiej za podręcznik do Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Książkę można spotkać w domu każdej szanującej się czarodziejskiej rodziny, jako obowiązkową pozycję w domowej biblioteczce. Nasze wydanie jest stylizowane właśnie na taki szkolny podręcznik (choć z racji swojej objętości w szkole by się nie sprawdził), z dopiskami samego Harry’ego i Rona. Spis poprzedzony jest przedmową samego Albusa Dumbledora oraz szerokim wstępem autora, który tłumaczy czym są fantastyczne zwierzęta, jak wygląda ich klasyfikacja, a także w jaki sposób udaje się ukrywać ich obecność przed mugolami. Dalej mamy już właściwy bestiariusz, ułożony alfabetycznie, opisujący siedemdziesiąt pięć gatunków.

Niektóre z opisywanych przez Skamandera (vel. Rowling) gatunki zwierząt są nam doskonale znane z serii o Harrym Potterze czy z mitologii - mamy tu m.in. bazyliszka, centaury, druzgotki, hipogryfy czy jednorożce - ale pojawiają się też zupełne anomalie, jak np. skrzyżowanie małpy z żabą (żabert). Niektóre z gatunków ilustrowane są szkicami autorstwa Rowling i to bardzo ułatwia wyobrażenie sobie tych wymyślonych zwierząt. Jednak takich rysunków jest stanowczo zbyt mało. Opisy również są krótkie, bardzo zwięzłe. Podają tylko kilka najcharakterystyczniejszych cech. Wiadomo, że stworzenie podobnego fikcyjnego spisu jest pracochłonne i wymaga nie lada wyobraźni, więc nie należy się tu spodziewać wielkich rewelacji – zwłaszcza że jest to tylko niewielki dodatek do serii o Harrym, ciekawostka wydawnicza.

Co znamienne, wystarczy odczytać kilka wersów przedmowy, by zanurzyć się znów w tak dobrze znanym czarodziejskim świecie wykreowanym przez Rowling. Jej charakterystyczny styl, wyobraźnia i poczucie humoru, często bardzo dosadne, są niepodrabialne. I choć ta maleńka książeczka trafi raczej tylko do tych, którzy umiłowali świat Harry’ego Pottera, dla reszty pozostając niezrozumiała i niepotrzebna, przyjemnie jest mieć w swojej biblioteczce magiczny „podręcznik”.

Ja kupiłam książkę za grosze w pakiecie z „Quidditchem przez wieki”, o którym też niebawem skrobnę parę słów. Możecie ją nabyć również w księgarni na ulicy Pokątnej za 9 sykli i 7 knutów :)


Ocena: 5/6
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon