wtorek, 26 czerwca 2012

Andrew Morton: "Tom Cruise. Nieautoryzowana biografia"

Autor: Beata Szy dnia 19:27:00 13 komentarze



Autor: Andrew Morton
Tytuł: "Tom Cruise. Nieautoryzowana biografia"
Wydawnictwo: Philip Wilson
Stron: 432


Tom Cruise, hollywoodzka gwiazda kina, o której słyszał każdy. Znany z takich hitów jak „Top Gun”, „Rain Man”, „Wywiad z wampirem” czy „Mission: Impossible”. Postać dość kontrowersyjna. Były mąż Nicole Kidman, kochanek Penelope Cruz, obecnie mąż Katie Holmes i szczęśliwy ojciec. Człowiek, który na swoim koncie ma wiele sukcesów i wyróżnień, opieczętowanych firmową marką śnieżnobiałego uśmiechu. Ambitny, twardy, po trupach idący do celu, nonszalancki i często arogancki, ale przy tym uroczy, charyzmatyczny i łamiący kobiece serca. Członek Kościoła Scjentologicznego, budzącego skrajne emocje. Postać kontrowersyjna. Zagadka.

Chociaż nie jestem jakąś szczególną fanką talentu Cruise’a dosłownie „połknęłam” nieautoryzowaną biografię Andrew Morton’a na temat aktora. Życie Cruise’a nigdy nie było nudne czy przeciętne, dlatego czyta się ją jak dobrą powieść. Autor (biograf-skandalista, piszący wcześniej mi.in o księżnej Dianie i Madonnie) przez dwa lata zbierał materiały do publikacji, podróżując po Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Europie. Rozmawiał z przyjaciółmi Cruise’a z dzieciństwa, z jego nauczycielami, pierwszymi sympatiami, a także ze śmietanką towarzystwa. Z przeprowadzonych badań, zlepków wycinków prasowych i książkowych, opowieści, wywiadów i fotografii, wypowiedzi samego aktora i jego rodziny, wyłania się obraz człowieka-ikony.

Życie Cruise’a w zasadzie można podzielić na dwa etapy, gdzie linię graniczną stanowi jego przyłączenie się do scjentologów. Pierwsza część to czas trudnego dzieciństwa, wychowywania się w rozbitej rodzinie, zmaganie z dysleksją i próba wyrwania się w małego miasteczka. Pierwsze kroki w szkolnych teatrach, castingi, promocja agentki. Młodość aktora nie była usłana różami i czytając historię jego życia nikt nie ma wątpliwości, że potrzeba było ogromnej determinacji, samozaparcia i wiary we własne możliwości, by dojść tak wysoko. Ale ten okres to również czas pierwszych miłosnych fascynacji, a że Tom, wychowywany z siostrami, miał podejście do kobiet, w tym zgodni są wszyscy, którzy go poznali. Mimo niewielkiego wzrostu miał w sobie to coś, co zawsze pchało w jego ręce najpierw młode koleżanki, później kobiety. W miłości odznaczał się wielkim romantyzmem i czułością. Niestety, z zadziwiająca szybkością potrafił też zmieniać obiekt swoich westchnień, wycofując się z poprzedniego związku bez słowa ostrzeżenia.



Tom Cruise wstąpił do Kościoła Scjentologicznego ok. 1986 r. Decyzja ta na zawsze zmieniła jego życie. Kontrowersyjne prawdy, głoszone przez Kościół, dla aktora okazały się niezwykle interesujące. Odrzucenie psychologii i konwencjonalnych metod leczenia, wiara w reinkarnację, wzmocnienie własnego ego poprzez odnajdywanie boga w sobie to tylko niektóre z naczelnych haseł tej wiary. Sekta, która poszerza swój zasięg, poprzez werbowanie sław (John Travolta, Jennifer Lopez, David i Victoria Beckham czy politycy) nie tylko wymaga wielkich wkładów finansowych, ale również ma destrukcyjne działanie na swoich popleczników: stanowi zagrożenie dla zdrowia fizycznego i umysłowego, łamie prawa człowieka, stosuje metody zastraszania, szantażu i prania mózgu. Pod maską ‘wolności”, którą rzekomo ma oferować, scjentologia zmienia człowieka w niewolnika. Po 11 września Cruise, który początkowo nie przyznawał się oficjalnie do swoich kontaktów ze scjentologami, zaczął promować swoją wiarę, upatrując w niej ratunku dla ludzkości i stając się jej ambasadorem na świecie. Szczerze mówiąc czytając o scjentologii i obserwując jakie spustoszenie poczyniła w życiu i psychice aktora (bo jak inaczej zinterpretować jego coraz dziwaczniejsze zachowania), byłam coraz bardziej zdumiona i przerażona. Tom omotał także swoją młodziutką żonę Katie – niegdyś wesołą dziewczynę, znaną np. z ”Jeziora marzeń”, teraz zamkniętą, przygaszoną. Do sekty wciągnął także swoje dzieci – dwójkę adoptowanych z małżeństwa z Kidman, oraz małą Suri. Scjentologia wymaga poświęceń – zrywając z nią, traci się kontakt z resztą rodziny…





Książka uzupełniona jest fotografiami aktora – od czasów szkolnych, aż po aktualne. Ukazuje jego lata szkolne, wielkie miłości, a także drogę do sukcesu. Znamy go z filmów, tu mamy okazję podpatrzeć go trochę prywatnie. Znamienne jest także to, że czasem wypowiedzi aktora skonfrontowane z relacjami jego znajomych, dają dwa zupełnie inne obrazy. Ile w nich prawdy, wie chyba tylko sam Tom… Zresztą ostatnie zdanie tej książki po prostu mnie urzekło. Stanowi idealne podsumowanie.

Oczywiście polecam – tym wszystkim, którzy uwielbiają filmy Toma, oraz tym, którzy niekoniecznie – myślę, że jego biografia zaciekawi obie grupy. A napisana jest naprawdę dobrze.

Ocena: 5/6

sobota, 23 czerwca 2012

Piotr Rogucki: "95-2003"

Autor: Beata Szy dnia 19:13:00 13 komentarze



Piotr Rogucki
Album: "95-2003"



Nie byłabym sobą, gdybym nie podbiegła do salonu muzycznego w dniu premiery drugiej solowej płyty Piotra Roguckiego, wokalisty Comy. Album „95-2003” szumnie zapowiadany na fanpage muzyka był wyczekiwany z wielką niecierpliwością, ale też i obawami, przez wszystkich oddanych fanów. Płyta zawiera utwory dobrze już znane – powstałe w ośmioletnim okresie, gdy artysta rozpoczynał swoją sceniczną drogę, występując na festiwalach piosenki autorskiej czy poezji śpiewanej. „Piosenka pisana nocą”, „Wrony” czy „Chimery” to utwory cieszące się niesłabnącą popularnością na kanałach Youtube, nigdy jednak nie doczekały wydania na oficjalnym albumie. Aż do teraz. To miły gest w stronę fanów, coś o czym wielu marzyło.

Od początku wiadomo było, że na fanów czekają nowe aranżacje kilkuletnich przebojów. Budziło to pewien niepokój, ale też dawało nadzieję. Na kilka dni przed premierą mieliśmy możliwość wysłuchania „Piosenki pisanej nocą” w nowej odsłonie w trakcie transmisji listy NRD w Esce Rock. Po odsłuchaniu zareagowałam podobnie jak większość fanów: byłam zdezorientowana. Mając wciąż w pamięci pierwotne wykonanie, nagle usłyszałam coś zupełnie innego: nowa, eksperymentalna aranżacja, zaskakujące instrumenty i brzmienia. Pierwszą moją myślą było: to nie to, czegoś tu brakuje, to nie miało być tak. Ale po kilkakrotnym przesłuchaniu kawałka nagle odkryłam, że byłam w błędzie. Utwór spodobał mi się, dał poczucie świeżości, a jednocześnie wzbudzał nostalgię. Z niecierpliwością czekałam na całość.

Przy tworzeniu „95-2003”, podobnie jak w przypadku debiutanckiej płyty „Loki –Wizja dźwięku”, Rogucki pracował z Marianem Wróblewskim, który jest odpowiedzialny za aranżacje. Krążek, zawierający jedenaście utworów powstałych na przestrzeni kilku lat, na pierwszy rzut oka może wydawać się przypadkowy i niespójny, jednak tak naprawdę jest zwartą kompozycją, podsumowującą wczesno solową działalność artysty. Postanowiłam nie przypominać sobie wszystkich utworów przed przesłuchaniem płyty, nie chciałam skazić pierwszego odbioru. Jak się spodziewałam: kawałki, które znałam bardzo dobrze szybciej wpadały mi w ucho, ale też budziły rozbieżne oceny, natomiast pozostałe, bardziej zapomniane, od razu przypadły mi do gustu. Teraz, z wielką przyjemnością słucham już wszystkich piosenek: przekonałam się do nowych wersji i naprawdę mi się podobają. Myślę, że pokazują artystyczny rozwój Roguckiego na przestrzeni ostatnich lat. Wokalista interpretuje swoje kawałki na nowo, sprawiając, że znów się w nich zakochujemy. Do moich ulubionych zaliczam przede wszystkim nastrojowe „A my”, „Wrony” czy „Kota”, ale ujęły mnie też pełne folkloru utwory takie jak „Legenda o próżności” i „Zosia”. Cała płyta jest godna polecenia. Rogucki w każdym utworze przybiera inną formę, wciela się w aktora, przedstawia całą gamę odczuć i stanów. Słucha się tego wybornie.

Jeżeli chodzi o szatę graficzną, to utrzymana jest w surowym, oszczędnym stylu – co widać już po okładce. Do płyty dołączona jest wkładka, jednak nie znajdziemy w niej tekstów piosenek, ale graficzne przedstawienie każdego utworu. Teksty, utrzymane w podobnej stylistyce, dostępne są za to na stronie internetowej Piotra Roguckiego. Ta również zmieniła barwy – polecam :)


Ocena: 5/6

sobota, 16 czerwca 2012

C.S. Lewis: "Zaskoczony radością"

Autor: Beata Szy dnia 14:36:00 13 komentarze



Autor: C.S. Lewis
Tytuł: "Zaskoczony radością"
Wydawnictwo: Esprit
Stron: 350




Książka „Zaskoczony radością” jest czymś w rodzaju autobiografii C.S. Lewisa, twórcy „Opowieści z Narnii”. Piszę „czymś w rodzaju”, ponieważ nie jest to biografia w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Wprawdzie Lewis drobiazgowo opisuje swoje dziecięce lata, burzliwe czasy szkolne i studenckie, jednak w tych wspomnieniach akcent pada głównie na jego rozbudowane życie wewnętrzne i na to, co autor nazwał Radością. Jest to pewne enigmatycznie określane uczucie, słodko-gorzki stan, będący zarazem tęsknotą i uczuciem spełnienia, pragnieniem i jego realizacją. Uczucie to jest szerzej omawiane przez samego autora, ale tak naprawdę tylko ludzie odbierający świat w podobny do niego sposób potrafią uchwycić kwintesencję tytułowej Radości.

W młodości Lewis deklarował się jako zdecydowany ateista, w późniejszych latach nawrócił się na chrześcijaństwo. I właśnie owo odnalezienie wiary jest tym, o czym w głównej mierze Lewis stara się opowiedzieć czytelnikowi. Zaskakująca wręcz jest jego pamięć jeśli chodzi o przedstawianie zakamarków swojej duszy w różnych okresach, zwłaszcza w młodości. Lewis potrafi spojrzeć na swoje życie krytycznym okiem i zdecydować, które wydarzenia wpłynęły na jego poglądy religijne bez wahania – choć często są to zdarzenia bardzo ulotne, kruche, zdawałoby się – marginalne. Jego opowieść to niezwykle szczera wędrówka w głąb duszy, w głąb siebie.

Lewis już od dziecka mógł się poszczycić wybujałą wyobraźnią. Wspólnie z bratem w ramach zabaw tworzyli wyimaginowane światy, w których obsadzali ludzi i zwierzęta, ustanawiali władzę i budowali historię, rozplanowując wydarzenia kolejnych epok. Zabawy te, inspirowane dziecięcymi lekturami, bez wątpienia miały wpływ na późniejsze życie autora. A pierwsze lektury wykrystalizowały jego późniejszy gust literacki. Z dzieciństwa pozostała mu zdolność kreatywnego myślenia i duża wyobraźnia. W zasadzie Lewis zawsze żył w dwóch światach: tym rzeczywistym i tym wymyślonym. Gdy było mu źle w jednym, uciekał w drugi. To, co spodobało mi się najbardziej, to sposób w jaki podchodził do książek. W zasadzie do szczęścia potrzebował tylko ich – i nawet na froncie I wojny światowej potrafił zaszyć się gdzieś w kącie, by dokończyć lekturę i zaznać chwili spokoju.

Lewis daje się poznać jako wielki erudyta. Jego oczytanie może wręcz wprowadzać w konsternację: autor wychował się na dziełach klasycznych, czytał je w oryginale i studiował bardzo wnikliwie. Później uczył się również filozofii i oba te kierunki – filologię i filozofię – znajdują odzwierciedlenie jego tekstach. Lewis wtrąca w tekst cytaty niemal automatycznie, odwołuje się do mitologii i wielu, wielu dzieł starożytnych i współczesnych niemal nieustannie. Przeciętny czytelnik dzieła klasyczne zna co najwyżej z fragmentów, a już tym bardziej nie posługuje się biegle łaciną czy greką. Dlatego ten zgrzyt czasem utrudnia odbiór „Zaskoczonego radością” – mamy wrażenie, że jesteśmy krok za Lewisem, że choć autor stara się nam przybliżyć swoją sylwetkę, wciąż gdzieś powstaje rozdźwięk.

„Zaskoczony radością” to książka przede wszystkim dla tych, którzy z twórczością Lewisa mieli już do czynienia i osoba autora jest im bliska. Biografia to jednak, jak już zaznaczyłam, niepełna. I choć mimochodem Lewis przemyca wiele informacji na swój temat, tak naprawdę ważniejsze jest dla niego pokazanie stanów duchowym, poszukiwanie wiary, odnalezienie łaski. Odkrywa przed czytelnikiem własną filozofię życia, która może zachwycić, zanudzić, zaskoczyć czy też wywołać wahanie: „no dobra, ale po co tak komplikować?”. Autor nie boi się krytykować sam siebie – przyznaje, że przez długi czas pozostawał zatwardziałym egocentrykiem, outsiderem z silnym poczuciem niezależności i że nawet po nawróceniu wielu z tych cech nie zdołał się wyzbyć. Jednak dzięki swojej rozbrajającej szczerości i dystansowi potrafi zdobyć czytelnika. Co ważne: autor nie moralizuje, nie nakłania do podążenia jego ścieżką. Przedstawia tylko określone wycinki swojego życia by podkreślić, jak wielką rolę miało nawrócenie w jego przypadku. Lektura „Zaskoczonego…” nie prognozuje jednak nagłego wzrostu wiernych w kościołach. Książka jest tylko próbą odpowiedzenia sobie na pytania: kim jestem, dokąd zdążam, czego oczekuję od życia? Polecam, choć uprzedzam, że nie jest dla każdego i nie jest też lekką pozycją.

Ocena: 4/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Esprit


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Filmowo: "Królewna Śnieżka i Łowca", "Thor", "Avengers", "Kapitan Ameryla"

Autor: Beata Szy dnia 21:33:00 14 komentarze



Na „Królewnę Śnieżkę i Łowcę” miałam chrapkę, odkąd pierwszy raz zobaczyłam zwiastun. Spodobał mi się o wiele bardziej niż zapowiedź komediowej Śnieżki z Julią Roberts w roli macochy (za którą swoją drogą nie przepadam). Nie będę oryginalna jeśli powiem, że obsadzenie Kristen Stewart w roli Śnieżki trochę mnie niepokoiło – znana przede wszystkim z charakterystycznego zagryzania warg i otwierania ust aktorka rzeczywiście kolejny raz nie popisała się grą aktorką, ale film mimo to zasługuje na chwilę uwagi.

„Śnieżka” w reżyserii Ruperta Sandersa jest ciekawie poprowadzoną grą z konwencją słynnej baśni. Pojawiają się tu fundamentalne motywy, takie jak chociażby sam wygląd bohaterki: twarz biała jak śnieg, włosy ciemne jak heban i usta czerwone jak krew. Mamy też lustereczko, wskazujące tę najpiękniejszą, zatrute jabłko czy bandę krasnali, ale nie da się ukryć, że stanowią one bardzo swobodne nawiązanie do tradycji. Macocha (genialna Charlize Theron) owładnięta rządzą zemsty na mężczyźnie, który ją skrzywdził, u boku brata zdobywa kolejne królestwa, mordując młode kobiety, by zyskać ich urodę i przedłużyć życie. Śnieżka staje jej na drodze: okazuje się, że moc królowej jest w niebezpieczeństwie, a ocalić ją może jedynie danie z serca królewny. Jednak Śnieżka ucieka i chowa się w mrocznym lesie, a na jej poszukiwania zostaje wytypowany Łowca – w tej roli mój ulubieniec Chris Hemsworth (pamiętny Thor). Tych dwoje bardzo szybko się brata, uzmysławiając sobie, że tylko Śnieżka jest w stanie przywrócić królestwu dawny spokój.

Na poziomie fabularnym film nie wyróżnia się niczym szczególnym i bardzo łatwo domyślić się przebiegu kolejnych scen i zakończenia. Z grą aktorską również bywa różnie – wspomniałam już o sztywnej Kristen, dla której silnym kontrastem jest Ravenna. Pojawiło się wiele głosów, że przecież Śnieżka miała być piękniejsza od macochy – nie będę w to wnikać. Łowca, którego głos po prostu uwielbiam, przypadł mi do gustu z sentymentu, choć zdaję sobie sprawę, że jego kunszt aktorki również nie jest najwyższych lotów. Dużym plusem filmu są jednak piękne zdjęcia i efekty specjalne – kraina zamieszkała przez elfy (swoją drogą – urocze stworzenia), magiczne Sanktuarium, po prostu zapiera dech. Kraina – jej fauna i flora - zostały przedstawione w widowiskowy sposób. Bardzo dobra jest również muzyka, aczkolwiek zwykle mam tak, że film stanowi dla mnie pewną zwartą całość, chłonę go jednotorowo, i po zakończeniu trudno mi odtworzyć poszczególne partie muzyczne, przypomnieć sobie które pojawiały się w jakich momentach. A mam wielu znajomych, którzy bez zająknięcia potrafią przesyłać mi linki do youtube stwierdzając: pamiętasz, to grali wtedy, a to wtedy. No niestety, nigdy nie osiągnę tego poziomu. I na koniec- cieszę się, że film nie był w 3D.



Wspomniałam o „Thorze”, którego na ekranach kin gościliśmy w zeszłym roku. Film zrealizowany był na podstawie popularnego komiksu o Thorze, władcy pioruna, walczącego za pomocą młota Mjollnira. Wygnany z Asgardu trafia na naszą planetę, zostając pozbawiony boskich atrybutów. Oczywiście – zakochuje się w pięknej Ziemiance (niezastąpiona Natalie Portman, którą bardzo lubię), a wkrótce stanie do walki ze swoim bratem, Lokim, o bezpieczeństwo ludzkości. Odebrałam ten film bardzo dobrze, zwłaszcza, że miałam okazję oglądać go w kinie kilkakrotnie. Szczególnie przywiązałam się do fragmentów komediowych, których w nim nie brakowało. Pozostawił we mnie pozytywne wspomnienia. Z bohaterami „Thora” w tym roku mieliśmy okazję spotkać się w „Avengersach”.





Jednak po paru tygodniach od premiery o fabule jestem w stanie powiedzieć tylko tyle, że banda superbohaterów (takich jak Iron Man, Hulk, Kapitan Ameryka, Sokole Oko i Czarna Wdowa) porozumiewa się, by wspólnie walczyć po stronie świata, przeciwko potworom, zsyłanym przez Lokiego. Na ten obraz składają się przede wszystkim widowiskowe sceny walk, ale czego innego mielibyśmy się spodziewać? No i zabrakło mi Natalie Portman, bo skoro „Thor” zakończył się przerwaniem drogi między światami, a w „Avengersach” niedogodność ta tak po prostu znika, nic nie powinno stanąć na przeszkodzie, by tych dwoje mogło się znów spotkać. Jednak nie, ci którzy liczą na jakieś romantyczne wątki, srogo się zawiodą.





Niemniej, miło było zobaczyć tylu komiksowych bohaterów, starających się ze sobą współpracować. Natchniona tym filmem nadrabiam braki – mam za sobą już dwie części „Iron Mana”, który okazał się całkiem sympatycznym, choć egocentrycznym gościem. „Kapitana Amerykę” oglądałam swego czasu w kinie i również mi się podobał – choć, kolejny raz, film wyprodukowano oczywiście w technologii 3D. Efekty, jak wiadomo, bywają w podobnych przypadkach raczej mizerne, choć nie ukrywam, że wrażenie głębi robi swoje. Mimo wszystko nakładanie dodatkowej pary okularów przy tak długich seansach bywa dla mnie męczące i niewygodne. Przy „Kapitanie…” uroniłam nawet parę łez, gdy wracał do bazy po bitwie na czele żołnierzy, po których nikt nie chciał już iść, sądząc, że zginęli (czy coś w ten deseń, mam już luki :)). To moja ulubiona scena. Choć nie przepadałam nigdy za historią, tu z zainteresowaniem śledziłam kolejne wątki. A zakończenie… A zresztą, zobaczcie sami ;)

A Wy, co myślicie o tych filmach? Oglądaliście?

sobota, 9 czerwca 2012

Robert McCammon: "Magiczne lata"

Autor: Beata Szy dnia 21:48:00 13 komentarze


Autor: Robert McCammon
Tytuł: "Magiczne lata"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 652





"Nie pozwól, by choć jedne dzień umknął ci bez wspomnień i zbieraj je jak cenne skarby. Bo to są skarby. Wspomnienia to cudowne drzwi, Cory. One uczą, pomagają i strzegą. Kiedy na coś patrzysz, nie ograniczaj się tylko do patrzenia. Zobacz to. Naprawdę zobacz. A jeśli to zapiszesz, ktoś inny będzie miał szansę to zobaczyć."


Do „Magicznych lat” R. McCammona podchodziłam ostrożnie, ponieważ rzadko czytam kryminały, a opis wydawcy zapowiadał przede wszystkim ten gatunek, z zaznaczeniem, że jest to powieść, która wymyka się klasyfikacji: mieszanka horroru, fantasy, powieści obyczajowej, sensacyjnej, grozy, ale także sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa. I choć bestialskie morderstwo, wokół którego osadzona jest oś narracji, raczej mnie odstraszało, niż zachęcało, zdecydowałam się dać szansę tej książce. Muszę przyznać, że było warto. Naprawdę było warto.

Pewnego ranka dwunastoletni Cory i jego ojciec są świadkami przerażającego wypadku: widzą rozpędzony samochód, który sunie wprost w czeluści miejscowego jeziora. Ojciec chłopaka bez chwili namysłu skacze ku tonącemu pojazdowi, by ratować pasażera. Jednak zmasakrowane zwłoki, przykute kajdankami do kierownicy, jakie dostrzega za idącą pod wodę szoferką, nie pozwolą mu spokojnie zasnąć przez następne miesiące. Czy w urokliwym Zephyr ukrywa się morderca? Śledztwo szeryfa nic nie wykazuje, ba, nazwisko ofiary pozostaje nieznane. Cory prowadzi swoje własne dochodzenie, łącząc znikome dowody, dla dorosłych niezauważane.

Magiczne lata” mimo powyższej zapowiedzi, nie są jednak powieścią kryminalną. Wątek ów stanowi może dwadzieścia procent całości. Zdecydowana większość fabuły dotyczy czegoś innego: ulotnego, a jakże cennego okresu dorastania. Młody Cory, pozostający jeszcze jedną nogą w marzycielskim świecie dziecka, widzi to, co dorosłym już umyka, czuje to, co dla nich jest już niedostępne. Świat dziecka nie jest racjonalny, nie da się go zamknąć ciasnymi ramami prawdopodobieństwa. Jest bogaty, żywiołowy, pełen magii i tajemnicy. Tutaj możliwe jest wszystko: wzbijanie się do chmur na skrzydłach wyobraźni, zmierzenie się oko w oko ze Starym Mojżeszem, tutejszym rzecznym potworem, czy wiara w nadnaturalną moc czarnoskórej Damy. Rzeczywistość Cory’ego to świat, do którego każdy z nas tęskni: czas, którego upływu jednak nie da się powstrzymać. Wyparty przez dorosłość…

Książka McCammona może stanowić atrakcję zarówno dla dzieci, młodzieży, jak i dla dorosłych, i przez każdą z tych grup wiekowych zostać odebrana diametralnie inaczej. Powinna stać się lekturą szkolną, bo choć opisuje amerykańską małomiasteczkową idyllę, jej treść można odnieść i do naszej obyczajowości. Kto z nas nie dawał się ponieść w dzieciństwie fantazji? Nie zapuszczał się w lasy, by szukać tam stworzeń nie z tego świata? Nie snuł fantastycznych opowieści, w które sam chciał wierzyć? Podobne lektury ważne są w czasach współczesnych, gdy dorastanie zdominowane jest przez gry komputerowe i telewizję. Może klimat książki rozpaliłby pragnienia dzisiejszych dzieci, rozbudził ich wyobraźnię, pozwolił wykrzesać z najcenniejszych lat wszystko, co się da. Dla nas, starszych, powieść poza wątkiem przygodowym, niesie też nutkę nostalgii. Na pewno przywoła wiele wspomnień, obudzi drzemiące w nas dziecko. Czasem nie chcemy dopuszczać już go do głosu, McCammon obnaża jednak prawdę, że w duchu każdy z nas pozostał dwunastoletnim marzycielem.

„Magiczne lata” powinno się czytać powoli i z uwagą, rozsmakowywać się w lekturze. Poza tym, że McCammon pisze naprawdę wyszukanym, plastycznym językiem, budując przed czytelnikiem sugestywne obrazy, potrafi jeszcze podsycać ciekawość. Przygody Cory’ego, jego spostrzeżenia, sposób postrzegania świata – wszystko to uwodzi czytelnika, porywa od pierwszej strony. Nie nudziłam się przy tej lekturze ani przez minutę. Choć porusza tyle różnych wątków, wkracza na tak rozległe tereny, to jednak na końcu wszystkie one cudownie splatają się ze sobą. Klamrę kompozycyjną tworzą zaś refleksje dorosłego już Cory'ego, mężczyzny, pisarza, autora? Można tu odnaleźć elementy biograficzne, do czego McCammon przyznaje się we wstępie.

W ciągu ostatniego roku, gdy powróciłam do intensywniejszego czytania, niewiele trafiło się książek, które wywołałyby we mnie podobne emocje. „Magiczne lata” zapisują się w mojej kolekcji do wąskiego grona tych lektur, które poza rozrywką, wniosły też dużo wartości. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam okładkę, skojarzyła mi się automatycznie ze znanym kadrem z filmu „E.T.”, gdy grupa dzieci wzbija się w powietrze na swoich rowerach, wiedzionych mocą kosmicznego stworzenia. Skojarzenie to było trafne, gdyż ta powieść ma podobny, baśniowy klimat. Polecam, bo moim zdaniem każdy powinien ją przeczytać.

Ostatnio coraz więcej tytułów określa się bestsellerami. Niestety w zdecydowanej większości prestiż ów nie wiąże się z rzeczywistą wartością książki, lecz z solidną, perswazyjną kampanią reklamową. O "Magicznych latach" mogę natomiast z czystym sumieniem powiedzieć, że zasługują, by znaleźć się w tym gronie. To książka inna, ważna, po prostu piękna.

Ocena: 6/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Papierowy księżyc


niedziela, 3 czerwca 2012

Melanie Benjamin: "Alicja w krainie rzeczywistości"

Autor: Beata Szy dnia 14:29:00 19 komentarze

Autor: Melanie Benjamin
Tytuł: "Alicja w krainie rzeczywistości"
Wydawnictwo: Amber
Stron: 328



Każdy zna historię dziewczynki, która wpadła do króliczej nory, odkrywając tam po drugiej strony niesamowitą Krainę Czarów. Mało kto wie jednak, że autor „Alicji w Krainie Czarów”, baśni, która weszła już do kanonu klasyki, doczekała się wielu wznowień, przekładów i ekranizacji, swoją opowieść zadedykował rzeczywistej Alicji – dziewczynce, której był wielkim przyjacielem. Alicja Liddell, bo tak nazywała się naprawdę, dorastała w dystyngowanym świecie oksfordzkich wykładowców. Jej ojciec był dziekanem, a matka najważniejszą osobą w towarzystwie. Ona i jej siostry miały być damami, jednak mała Alicja dalece odbiegała od narzuconego przez normy ideału. Wciąż brudziła swoje śnieżnobiałe, drogie sukienki, kaleczyła kolana, chodziła z potarganymi włosami. Miała naturę urwisa, pragnęła swobody, jak każde dziecko. Jednak elitarne środowisko, z którego się wywodziła, narzucało surowe reguły. Świat konwenansów, wytwornych strojów, powściągliwości – dziś wydający się nam czymś dziwnym, trudnym do pojęcia. Uroczyste bale, spotkania w obecności przyzwoitki, surowa etykieta… - dzięki tej książce możemy przenieść się do XIX wieku i naprawdę na własnej skórze odczuć tamtą atmosferę.

Pan Dodgson był znajomym ojca dziewczynek, mieszkał w sąsiedztwie i wykładał matematykę. Lubił zabierać dziewczynki na spacery, opowiadał im historie, fotografował. Szczególnie upodobał sobie siedmioletnią Alicję, która wkrótce stała się jego muzą. Gdy miała dziesięć lat, pierwszy raz opowiedział historię o Krainie Czarów. Nękany jej prośbami, zaczął spisywać historię, która tuż po wydaniu (pod pseudonimem) okazała się bestsellerem. To dziewczynce podarował manuskrypt z dedykacją, to jej cechy nadał swojej bohaterce. Tych dwoje łączyła szczególna fascynacja. Jednak gdy Alicja miała jedenaście lat stało się coś, co raz na zawsze pogrzebało ich przyjaźń. W atmosferze skandalu dom państwa Liddell zatrzasnął raz na zawsze drzwi przed starszym, jąkającym się dziwakiem, który za bardzo zbliżył się do jednej z ich córek.

Powieść „Alicja w krainie rzeczywistości” M. Benjamin chociaż jest fikcją literacką, bazuje na tamtych wydarzeniach. Bohaterką i zarazem narratorką jest Alicja – poznajemy ją u kresu życia, gdy pamięcią raz jeszcze wraca do swojej młodości – wspomnień dotąd odtrącanych, zagłuszanych i wciąż nie do końca zrozumianych. Benjamin wprawdzie opiera się na faktach historycznych, ale sama przyznaje, że prawdę o związku Alicji i Lewisa Carrolla znała tylko ta dwójka. Ona spróbowała złożyć w całość kawałki, do których udało się dotrzeć z własnymi przypuszczeniami, podejrzeniami. Trzeba jednak przyznać, że udało jej się to wybornie – powieść czyta się z przejęciem, jednocześnie ze świadomością, że choć to tylko wariacja na temat losów prawdziwej Alicji, wiele z przedstawionych tu zdarzeń mogłoby mieć miejsce. Historia wydaje się autentyczna, żywa i jak najbardziej prawdopodobna. Autorce świetnie udało się wczuć w bohaterkę, oddać targające nią emocje.



Do napisania książki autorkę skłoniła oglądana niegdyś skandalizująca wystawa fotografii Lewissa Carrola. Pisarz uwieczniał na zdjęciach małe dziewczynki, często w prowokacyjnych pozach. Wśród zdjęć można odnaleźć i fotografię samej Alicji Liddell, w podartej, obnażającej ciało sukience. Co musiał czuć, o czym myśleć i czego pragnąć człowiek, który oglądał dzieci w podobny sposób? Te pytania intrygowały od zawsze. Powieść stara się nie tyle pogrążyć Dodgsona, co zrozumieć naturę jego relacji z Alicji i tego, jak owe przeżycia wpłynęły na jej późniejsze życie. Bo bez wątpienia widmo bajkowej Alicji towarzyszyło jej przez całe życie, bez względu na to jak usilnie próbowała się wyrwać z Krainy Czarów.

Wielką gratką są zamieszczone w książce trzy fotografie – wspomniane wcześniej, kontrowersyjne zdjęcie z wystawy, oraz przedstawiające Alicję jako młodą kobietę i staruszkę. Książka podzielona jest właśnie w taki sposób – na trzy części: dzieciństwo, młodość i starość. Jednak bez względu na to, o którym etapie życia powieść traktuje, Kraina Czarów zawsze odgrywa tu fundamentalną rolę. I choć świat odebrał „Alicję w Krainie Czarów” jako bajkową i sielankową, tak naprawdę życie zarówno Alicji, jak i Carrolla, utwór naznaczył piętnem nieszczęścia.

Warto przeczytać. Powieść stymuluje do dalszych poszukiwań. A ponieważ historia kulisów powstania „Alicji” frapowała mnie już od paru lat, na pewno nie jest to ostatnia książka, jaką na ten temat przeczytam. No i mam ochotę zwrócić się po samą "Alicję w Krainie Czarów", która wcale nie jest tylko bajką dla dzieci...

Ocena: 5/6
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon