niedziela, 27 maja 2012

Oliver Potzsch: "Córka kata"




Autor: Oliver Potzsch
Tytuł: "Córka kata"
Wydawnictwo: Esprit
Stron: 480





Ten tytuł chodził za mną od dłuższego czasu „Córka kata” O. Potzscha przede wszystkim urzeka barwną okładką – przedstawia dziewczynę, w której włosy wpleciono czaszki. Skojarzenie wybiega tu do profesji ojca tytułowej bohaterki, który w bawarskim Schongau XVII wieku odpowiada za tortury i egzekucje. Niechlubny zawód, od którego dziś już na szczęście odstąpiono, przyczyniał się jednak do utrzymania porządku i wymierzenia – różnie pojętej – sprawiedliwości. W kwestie moralności osób pałających się tym frapującym zajęciem nie będę głębiej wchodzić – każdy powinien indywidualnie rozważyć to w swoim sumieniu.

W mieście dochodzi do serii morderstw na dzieciach. Na ciałach ofiar zostają odkryte tajemnicze znaki, które okoliczni mieszkańcy biorą za szatańskie symbole. Wkrótce rozchodzą się plotki, że w mieście działa czarownica, mająca konszachty z diabłem i to ona jest przyczyną następujących nieszczęść. O całe zło zostaje oskarżona akuszerka, która przecież jest kobietą i zna się na ziołach. Kat ma wymóc na niej wyznanie winy, aby w mieście zapanował spokój. Nikt nie chce powtórzenia sytuacji sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy to wskutek podobnej nagonki spalono wiele niewinnych kobiet. Panika zabobonnego ludu wywołuje bowiem różne reakcje, przyczynia się do bezpodstawnych osądów. Do czasu przybycia przedstawiciela księcia elektora radcy chcą zakończyć proces. Wydaje się, że akuszerki nie ominie stos. Jednak kat, jego córka Magdalena i młody medyk nie wierzą w winę akuszerki. Postanawiają przeprowadzić śledztwo na własną rękę i dowieść prawdy, nim będzie za późno…

Oliver Potzsch jest potomkiem Kuislów, najsłynniejszej rodziny katów w Bawarii. Swoją opowieść oparł na historycznych źródłach dotyczących jego rodziny, dokumentach i drzewie genealogicznym. Pierwowzorem kata Jakuba Kuisla jest postać rzeczywista, człowiek mający żonę Annę Marię i trójkę dzieci, w tym córkę Magdalenę. Wiele wydarzeń ma swoje historyczne potwierdzenie, jednak mimo to powieść jest fikcją literacką. Fakt, że autor jest tak blisko związany z rodem katów dodaje całości smaku i wyrazistości. Potzsch starał się jak najwierniej oddać obraz katowskiego rzemiosła, dylematy, obowiązki i korzyści z tym zawodem związane.

Bohaterowie są nakreśleni bardzo schematycznie i stereotypowo, właściwie nie zadbano o ich portret psychologiczny. I tak kat oczywiście jest silnym, odważnym człowiekiem, który w zaciszu domu jednak przeżywa każdą egzekucję, zatapiając żale w alkoholu. Jego córka jest dziewczyną piękną, bystrą i zadziorną, ale także zakazaną – przez lata katowskie rody mieszały się ze sobą, gdyż związek z potomkiem kata uznawano za niegodny. Młody medyk, zafascynowany wiedzą medyczną kata, robi maślane oczy do jego córki, a powszechnie uznana za czarownicę akuszerka, to ni mniej, ni więcej tylko uczciwa, mądra kobieta, która pomaga przychodzić na świat dzieciom i zna się na leczniczych ziołach. Jednak mentalność ludzi tego okresu w sytuacji zagrożenia potrafiła przybierać najgorsze oblicze: szukając winnego zapominano o jego wcześniejszych zasługach, a wszystko to, co niezrozumiałe, uznawano zaraz za zaczarowane, a więc diabelskie…

Gdy do akcji wkracza siejący grozę mężczyzna z kościotrupią ręką (nazywany przez cały czas diabłem, co z każdą stroną irytowało mnie i śmieszyło naprzemiennie coraz bardziej), sprawa dodatkowo się komplikuje. Aby ratować życie zarówno akuszerki, jak i innych dzieci, w jakiś nieodgadniony sposób wplątanych w aferę, trójka bohaterów musi działać szybko i zdecydowanie. Czy im się uda? Początkowo nadnaturalne, wręcz czarnoksięskie, powody zawiązania się całej intrygi w rzeczywistości bardzo szybko przybierają prozaiczny charakter.

„Córkę kata” oceniam jako powieść ciekawą, zgrabnie napisaną i dopięta na ostatni guzik. Choć autor nie uniknął denerwujących czasem opisów, ogólna ocena jest pozytywna. To, co najbardziej mnie raziło, to nadużywanie wyrazu „przypuszczalnie” i wszechobecna w powieściach tego typu zależność: za każdym razem, gdy któryś z bohaterów doznaje olśnienia i elementy układanki przybierają właściwe miejsca, staje się coś, co uniemożliwia zakończenie sprawy: zostaje porwany, traci pamięć, choruje i tak dalej. Strasznie też drażni mnie to, czego świadkiem jestem często również w filmach: bohaterowie próbują działać na własną rękę, gdy są blisko rozwiązania, zamiast podzielić się swoimi przypuszczeniami z innymi. W konsekwencji wpadają w pułapkę i nikt nie jest w stanie im pomóc. Ale oczywiście bez podobnych zwrotów powieść nie miałaby blisko pięciuset stron, tylko trzy razy mniej.

Polecam wielbicielom zagadek, tym których pasjonuje siedemnastowieczna obyczajowość, a także niełatwa profesja kata. Jak dla mnie nie jest to jednak powieść znacząco wyróżniająca się na tle innych. Co nie znaczy, że nie można dać jej szansy.


Ocena: 4/6



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Esprit


wtorek, 22 maja 2012

Miguel de Cervantes: "Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy"



Autor: Miguel de Cervantes
Tytuł: "Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy"
Stron: 436
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy




„Don Kichota” Cervantesa wypada znać, choćby tylko we fragmentach, które gdzieś tam na którymś etapie edukacji raczej się pojawiają. Powieść, której bohaterem jest owładnięty urojeniami szlachcic, przyniosła autorowi wielką sławę i do dziś uznawana jest za jedno z najoryginalniejszych dzieł wszech czasów.

Akcja toczy się w Manczy XVII wieku. Don Kichot to pilny czytelnik średniowiecznych romansów, święcie wierzący w każde zapisane w nich słowo, co sprawia, że któregoś dnia miesza mu się w głowie. Szlachcic postanawia stać się jednym z osławionych rycerzy i szybko wciela ów plan w życie. Nadaje sobie wytworne imię, dosiada mizernego konia i opuszcza dom, by szukać przygód. Towarzyszy mu dzielny giermek Sanczo Pansa na swoim niezawodnym ośle. Za swoją damę serca uznaje wieśniaczkę, nie wiedzącą o jego istnieniu, z miejsca pałąjąc do niej gorącą, acz platoniczną miłością. Odtąd każdy waleczny czyn dedykuje ukochanej, prosząc ludzi, którym rzekomo pomaga, by donieśli jej o jego zasługach. W rzeczywistości Don Kichote odbierany jest przez rodaków jako kompletny szaleniec. Jego urojenia tylko narastają – potrafi bukłaki wina wziąć za straszliwego potwora, a karczmę za potężny zamek. Nie trafiają do niego żadne racjonalne argumenty tych, którzy starają się go wyrwać z szaleństwa. Zadziwiający jest też sposób, w jaki Don Kichote potrafi wytłumaczyć sobie każde zjawisko. Choć zalicza kolejne porażki, nigdy się nie poddaje. Wierzy, że odnalazł swoje powołanie.

Powieść Cervantesa jest krytyką literatury rycerskiej, uznawaną za szkodliwą (podobnie jak setki lat później działo się to w odniesieniu do ksiąg zbójeckich). Cervantes wyśmiewa przymioty idealnego rycerza, jego ideały, waleczność, a nade wszystko przygody, jakie przed swoimi bohaterami stawiali twórcy. Bardzo ważna jest przedmowa do utworu, dzięki której dowiadujemy się wiele o charakterze powieści i celach autora. Wyśmiewa on praktyki średniowiecznych autorów, ich przebiegłe sztuczki i fałszerstwa. Cervantes odwołuje się do wielu dzieł, nawet z tytułu, parodiując je i wyszydzając.

Książka pisana jest językiem dla nas współczesnych już archaicznym, czasem nieprzystępnym, przez co czytanie nie zawsze należy do przyjemności. Swoje dodają także rozwlekłe monologi, ciągnące się nawet przez parę stron. Gdy już na dobre rozsmakujemy się w stylu autora, bez problemu potrafimy podążyć jego tokiem myślowym i zgadnąć jak potoczą się konkretne przygody. Choć dzieło to pełne humoru, dobrego smaku i akcji, czasem nuży. Książka jest dosyć obszerna, zapisana małą czcionką. W dodatku mój egzemplarz dosłownie rozsypywał mi się w rękach, co też nie ułatwiało czytania. Szkoda także, że obecnie nie mamy już takiego oczytania w średniowiecznych etosach, by móc tym bardziej docenić doskonałe obeznanie i kunszt Cervantesa – na pewno wiele przez to umyka i nie wszystkie aluzje są jasne.

Książka jest także kopalnią wiedzy o mentalności ludzi tamtych czasów, o kolorycie lokalnym, porządkach i hierarchii. Piętnuje wady, wytyka problemy, uderza zarówno w tych maluczkich, jak i w najwyższe stany.

Don Kichot jest dla jednych postacią śmieszną, absurdalną, dla innych godną litości, ale przede wszystkim jest on bohaterem tragicznym, który wpadł w pułapkę własnej wyobraźni. Choć wierzył, że dokonuje wielkich rzeczy, że jego sława sięga coraz dalej w Hiszpanię, tak naprawdę postrzegany był nie jako błędny, ale obłędny rycerz, któremu brak piątej klepki. Mimo wszystko jednak, jego sława przetrwała do dziś, a kolejne pokolenia poznają historię szalonego rycerza, który walczył z wiatrakami.

A mnie czeka jeszcze drugi tom przygód Rycerza Smętnego Oblicza.

piątek, 18 maja 2012

Aglaja Veteranyi : "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze?"


Autor: Aglaja Veteranyi
Tytuł: "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze?"
Wydawnictwo: Czarne
Stron: 192



„Zawsze mieszkamy gdzie indziej. Czasami wóz jest tak ciasny, że prawie nie możemy się minąć. A potem cyrk daje nam wóz z toaletą. (…) Choć czasami mieszkamy w luksusowych pokojach z lodówką w pokoju i telewizorem. Raz mieszkaliśmy w domu, gdzie po ścianach biegały jaszczurki. Postawiliśmy łóżka na środku pokoju, żeby te gady nie mogły wleźć pod kołdrę (…)
NIE WOLNO NAM NICZEGO POKOCHAĆ.
Przyzwyczaiłam się, wszędzie umiem tak się urządzić, żeby się dobrze czuć.”




Szukałam tej książki parę lat. Niestety nakład nie był wznawiany, a od dawna jest wyczerpany. Na allegro, gdy książka pojawiała się z rzadka, ceny osiągały horrendalne rozmiary. Nie mogłam jej znaleźć w żadnej księgarni. Również w okolicznych bibliotekach. Zawsze, gdy poszukiwałam tego tytuły, wyskakiwał mi jedynie audiobook. Raz nawet zaczęłam go słuchać, ale przerwałam po kilku zdaniach. To nie było to, potrzebowałam słowa pisanego, bo w nim tkwi główna siła tej powieści.

Po przeprowadzce znalazłam debiutancką powieść A. Veteranyi dostępną w kilku filiach mojej biblioteki. No i przyszedł ten czas, że nareszcie trafiła do moich rąk. Teraz mogę podzielić się z wami wrażeniami z lektury tej niezwykłej książki. Ale najpierw kilka słów o samej autorce, które są konieczne dla odbioru całości.

Aglaja Veteranyi to postać niezwykle tragiczna. Urodziła się w Bukareszcie i dorastała w rodzinie artystów cyrkowych, co wiązało się z wędrownym trybem życia. Rodzina uciekła z Rumunii, uzyskując azyl w Szwajcarii. Tam pomieszkiwali w hotelach i wozach cyrkowych, nigdzie nie zagrzewając miejsca na stałe. Pisarka długo była analfabetką, dopiero w szwajcarskiej szkole z internatem nauczyła się pisać i odtąd niemiecki stał się jej językiem literackim.

Ukończyła studia aktorskie i pracowała jako aktorka, równolegle pisząc. Powieść, o której zamierzam napisać kilka słów, została bardzo ciepło przyjęta przez krytykę i nagradzana. Niestety, autorka nie doczekała wydania swojej drugiej książki („Regał ostatnich tchnień”). Popełniła samobójstwo w 2002 r.

Traumatyczne doświadczenia pisarki znajdują odzwierciedlenie w prozie. Bohaterką powieści jest dziewczynka, wychowująca się w cyrku. Jej ojciec jest klownem, a mama wykonuje pokazowy numer: wisi za włosy, żonglując piłeczkami czy płonącymi pochodniami. Dziewczynka ma również przyrodnią siostrę, która opowiada jej historię o tytułowym dziecku gotującym się w mamałydze zawsze wtedy, gdy nasza bohaterka boi się o swoją matkę, w czasie jej pokazu. Siostra tłumaczy, że wyobrażenie sobie bólu doznawanego przez owo dziecko musi rozproszyć lęk o śmierć matki. To nie pomaga – w wizjach dziewczynki jej matka wciąż spada na ziemię.

„TYLKO ZANIM SIĘ URODZIŁAM, BYŁAM KIMŚ.”

Książka to bardzo niepokojąca, naznaczona wykorzenieniem, wyobcowaniem, lękami, przeczuciem śmierci. Opowieść o dziecku odartym z poczucia przynależności, pozbawionym własnej tożsamości. Najbardziej jednak uwagę zwraca styl autorki, który ja pokochałam już dawno temu, mając przed sobą próbkę i dla którego szukałam tej książki tak zapalczywie. Tekst jest nieregularny i lapidarny: czasami na stronie znajduje się po prostu tylko kilka zdań. Veteranyi bawi się też czcionką, krzyczy (i to rozpaczliwie) wielkimi literami dla podkreślenia pewnych pytań, ważnych kwestii, myśli. Taki układ jest zamierzony i wpływa na świadomość czytelnika. Pozwala czytać między wierszami, doszukiwać się kontekstów. Nie wszystkim może przypaść do gustu, ale przyznam, że do mnie zdecydowanie trafił.

Autorka unika banału, pisząc o trudnych, patologicznych wręcz rodzinnych zależnościach. Broni się dzięki stosowanym niedopowiedzeniom i skromności. Jej myśli mogą być odbierane wręcz jako niezrozumiałe, gdyż nie ma co ukrywać – momentami książka bywa surrealistyczna. Ale to wszystko buduje nastrój grozy i tajemniczości, jaki wiąże się z przeżyciami dziecka dorastającego w ezoterycznym świecie areny cyrkowej.

„CZY JUŻ W CZASIE SPADANIA UMIERA SIĘ ZE STRACHU?”

Bohaterka, podobnie jak sama pisarka, trafia w końcu do szkoły, gdzie zauważa braki w swoim dotychczasowym wychowaniu i początkowo ma wielkie trudności z dostosowaniem się do nowych warunków. Jednak w książce ważniejsze od fabuły jest to, co się dzieje we wnętrzu bohaterki: jak wpłynęło na nią osobliwe dzieciństwo i dokąd może ją zaprowadzić. Trudne cyrkowe doświadczenia na zawsze pozostawią w jej psychice pewną skazę. Bo choć cyrk kojarzy nam się jako miejsce, w które rodzice zabierają dzieci dla rozrywki w letnie weekendy, tak naprawdę dzięki książce odkrywamy jego drugą, mroczną stronę.

Polecam wszystkim wrażliwcom, którzy nie boją się oszczędnych form i zmierzenia się z momentami niejasnym tekstem.


Ocena: 5/6

PS A mamałyga to taka narodowa rumuńska potrawa, z mąki albo kaszy kukurydzianej :)

niedziela, 13 maja 2012

Wyniki rozdawajki i rec: J.L. Wiśniewski: "Czy mężczyźni są światu potrzebni?"

Najpierw rzecz najmilsza :) A mianowicie wyniki rozdawajki.
Musicie jednak uwierzyć mi na słowo, ponieważ aparat zostawiłam u siostry i nie miałam jak udokumentować losowania.

Zwycięzcą jest...




Gratuluję!!!!!

Bella otrzymuje książkę "Między niebem a ziemią".
Czekam tydzień na adres do wysyłki. W przypadku braku zgłoszenia, będę losować jeszcze raz.



A teraz jeszcze dzisiejsza recenzja.




Autor: J. L. Wiśniewski
Tytuł: "Czy mężczyźni są światu potrzebni?"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Stron: 132




"Im dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej jestem przekonany - zupełnie bez pomocy jakichkolwiek ankiet i badań - że najlepsze, co mężczyzna może uczynić dla swoich dzieci, to kochać ich matkę..."

Zdania na temat J.L. Wiśniewskiego są podzielone, jak już kiedyś o tym pisałam. Nie zmienia to faktu, że lubię jego twórczość, choć faktycznie nasączona jest banałem. Wiśniewski często „pakuje” w swoje utwory mnóstwo melodramatycznych, chwytających za serce kawałków, opowiada historie – wydawać by się mogło – nierealne wręcz, ze względu na owo przesłodzenie. Może i bywa twórcą dla niewymagających czytelników, ale lektury można przecież różnicować, dobierać zależnie od kaprysu. A jeśli lubimy jazdę na literackim rollercoasterze na pewno znajdziemy tu coś dla siebie. Ja mimo wszystko nie mówię mu „nie”.

Książka pod przewrotnym tytułem „Czy mężczyźni są światu potrzebni?” jest lekturą nieco inną od głośnych „Samotności w Sieci” czy „Bikini”. Wiśniewski wciela się tu w rolę naukowca, którym sam zresztą jest, starając się odpowiedzieć na fundamentalne pytania typu: Jakich mężczyzn wybierają kobiety? Czego mężczyźni boją się najbardziej? Czy mężczyzna może być wierny? Czy kobieta jest lepsza od mężczyzny? I wiele innych, w podobnym stylu. Nie bez znaczenia jest to, że autor tej książki jest mężczyzną. Może być stronniczy, choć stara się tego unikać, nazywając się feministą.

Swoje spostrzeżenia i wnioski Wiśniewski opiera zarówno na potwierdzonych naukowo źródłach, jak i na statystykach i stereotypach, które trzeba traktować z przymrużeniem oka. Autor podchodzi do tematu bardzo lekko, niejednokrotnie urzekając żartem. Choć z kart książki wyłania się portret mężczyzny jako zwierzęcia, myślącego wyłącznie kroczem (i jeszcze jak najbardziej usprawiedliwionego z tej właściwości), otrzymujemy tu także poręczny zestaw wskazówek jak obchodzić się z męskim osobnikiem i dlaczego jest tak, a nie inaczej.

Czyta się jednym tchem i z zainteresowaniem. Wiśniewski potrafi tłumaczyć w sposób zrozumiały dla każdego i przystępny. Autor nie boi się tematów tabu, kontrowersyjnych opinii, obalania mitów i krytykowania płci, której sam jest przedstawicielem. Z jego książki możemy się wiele dowiedzieć o relacjach damsko-męskich, a wiele na pozór zwyczajnych, przeciętnych zachowań zyskuje nowe znaczenia. Książka otwiera oczy, czasem drażni, innym znów razem wywołuje uśmiech. Może jest niezupełnie odkrywcza, ale stanowi literacką gratkę, tworzy obraz mężczyzny w pigułce. Dla kobiet będzie błyskotliwą lekturą, mężczyznom może dać w kość.

Ocena: 4/6

środa, 2 maja 2012

Majówka pod znakiem Cervantesa

Każdy z nas wie kim był don Kichot. Każdy kojarzy scenę walki z wiatrakami. Każdy potrafiłby w paru zdaniach wypowiedzieć się na temat parodii romantycznego etosu rycerskiego. Ale gdy mowa o szczegółach, może być już różnie. Szczerze mówiąc nigdy dotąd nie czytałam w całości "Przemyślnego szlachcica Don Kichota z Manczy" i celem najbliższych tygodni jest u mnie zmiana tego stanu rzeczy. Postanowiłam zmierzyć się z tym kultowym bohaterem, a oto w co udało mi się zaopatrzyć:




A w międzyczasie rozluźniać się będę przy:


"Alicja..." bo zawsze interesowało mnie kim była dziewczynka, dla której Lewis Caroll napisał słynną "Alicję w Krainie Czarów" oraz czy przypuszczenia o jego rzekomej pedofilii rzeczywiście są uzasadnione.

A "Pamiętnik" to efekt blogowego zakupu. Podobał mi się ten film :)

A tak w ogóle - maj to najpiękniejszy miesiąc w roku. Czyż nie?

wtorek, 1 maja 2012

Kazuo Ishiguro: "Pejzaż w kolorze sepii"


Autor: Kazuo Ishiguro
Tytuł: "Pejzaż w kolorze sepii"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 248

„Pejzaż w kolorze sepii” K. Ishiguro to był wybór na chybił – trafił. Przeglądałam książki na stoisku z promocjami i w oko wpadła mi delikatna, lawendowa okładka. Trzeba przyznać, że ma swój urok. Ponieważ samobójstwa w literaturze są dla mnie tematyką atrakcyjną, nie wahałam się już dłużej. Zdecydowałam się na bliższe spotkanie z japońskimi bohaterami książki.

Etsuko jest mieszkającą w Anglii japońską wdową, która osiedliła się w tym kraju wychodząc za mąż po raz drugi. Co dnia prześladuje ją wspomnienie zmarłej córki z pierwszego małżeństwa. Keiko najpierw wyjechała z domu, a potem popełniła samobójstwo. Była osobliwą, zamkniętą w sobie dziewczyną. Dlaczego? Matka próbuje rozwikłać ową zagadkę, przenosząc się pamięcią w przeszłość. Odwiedziny drugiej córki są do tego doskonałym pretekstem. Etsuko przenosi czytelnika w czasy powojennego Nagasaki. Mieszkańcy miasta próbują pogodzić się ze śmiercią bliskich po ataku atomowym, odbudować swoje życie, powrócić do normalności. Etsuko zaprzyjaźnia się z Sachiko, samotnie i dość kontrowersyjnie wychowującą swoją córkę, Mariko. Przeszłość i teraźniejszość zlewają się ze sobą, wywołując niepokojące wrażenia.

Kazuo Ishiguro to brytyjski pisarz, urodzony w Japonii. Pierwsze lata swego dzieciństwa spędził, podobnie jak bohaterka książki, w Nagasaki. To pozwoliło mu dodać książce realizmu, przeniknąć dusze zbłąkanych, samotnych Japończyków. „Pejzaż…” jest debiutem powieściowym autora, znanego z bestsellerowych powieści „Okruchy dnia” i „Nie opuszczaj mnie”. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z jego twórczością.

Już po przeczytaniu pierwszych stron zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z powieścią trudną w odbiorze, napisaną dziwnym, pokrętnym stylem, wymagającą skupienia i uwagi. Ishiguro nie ułatwia nam lektury – bohaterka, którą uczynił narratorem, buduje swoją opowieść z reminiscencji przeplatanych współczesnością. Czasem trudno odróżnić, o jakich czasach aktualnie opowiada – używa niewiele mówiących okoliczników: „tego lata”, „tego popołudnia”, „tamtego dnia” – ale nigdy nie podaje konkretów. Jej pamięć jest pełna luk, niedokładności i przekłamań. Świat, który przed nami roztacza, wydaje się przejaskrawiony, sztuczny, wyzuty z uczuć. Bohaterowie prowadzą grzecznościowe, wręcz drażniące, syntetyczne rozmowy. Czasem w ogóle się nie słuchają – każde prowadzi własny monolog, od czasu do czasu udzielając głosu drugiemu. Przeważają niedomówienia, fragmentaryczność, a wspomnienie miesza się z wymysłem. Oglądamy wyblakłą fotografię w kolorze sepii, a moment, który uwiecznił fotograf, zostaje opowiedziany przez Etsuko zgodnie nie z tym, co przedstawia, ale z tym, jak ona zachowała to w pamięci.

Klimat powieści jest bardzo niepokojący. Szczerze mówiąc, momentami czułam się tak, jakbym właśnie oglądała dobry thriller psychologiczny. Owe niedopowiedzenia, sygnalizowane tylko wydarzenia, przybierały karykaturalny, wynaturzony wymiar. Tajemnicza kobieta, nawiedzająca małą Mariko, chcąca zabrać ją za sobą, albo na pozór niewinne pytania: „Co masz w ręce?” sprawiały, że włosy jeżyły mi się na głowie. Granica między jawą a sennym koszmarem zacierała się.

Zakończenie książki pozornie nie przynosi żadnych rozwiązań. Poboczne wątki, lewie napoczęte, nigdy nie zostają kontynuowane. Tajemnica śmierci Keiko nie znajduje rozwiązania. Dalsze losy bohaterów rozmywają się – zostają porzucone, zapomniane. Bohaterka w swoich wspomnieniach zawsze jest w zaawansowanej ciąży, jakby czas się zatrzymał. Właściwie przez chwilę może się wydawać, że książka ta pozbawiona była jakiejkolwiek logiki, sensu. Ale chwilę później przychodzi objawienie, zwalające z nóg.

Wszystkie stylistyczne zabiegi autora mają swój ukryty sens. Zaakcentowane zdania nabierają nowego znaczenia. Nienaturalne zachowania nagle zaczynają znaczyć coś zupełnie innego. Z poplątanych, fragmentarycznych wspomnień wyłania się drugie, głębsze dno. Wszystkie nasuwające nam się w trakcie czytania podejrzenia stają się zasadne, trafne. Okazuje się, że nie to, co widzimy na pierwszy rzut oka, ale to ukryte głębiej, okazuje się prawdziwą historią. Etsuko wybiera pokrętną grę z samą sobą, by uporać się z wyrzutami sumienia. Ale czy to coś dziwnego? Myślę, że w podobny sposób zachowałoby się wiele osób, dotkniętych podobną traumą.

Kiedy czytałam „Pejzaż…” miałam mieszane uczucia, trudno było mi się odnaleźć w tej książce, wyśledzić rysy jakiejkolwiek spójnej fabuły. To książka z gatunku tych, w których autor pozostawia czytelnikowi wolną interpretację. Daje nam tylko tło, pozostawiając puste miejsca, w które sami powinniśmy dopisać resztę. Od czytelnika wymaga koncentracji i umysłowej pracy, jednak efekty przechodzą najśmielsze oczekiwania. Oczywiście polecam wszystkim, którym niestraszne zmagania z własną wyobraźnią.

Ocena 5/6