poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Peter Toohey: "Historia nudy"


Autor: Peter Toohey klik
Tytuł: "Historia nudy" klik
Wydawnictwo: Bellona
Stron: 192



Nuda to zjawisko, z którym każdy z nas na pewno kiedyś miał styczność. Zazwyczaj wiąże się z powtarzalnym, monotonnym zajęciem, które musimy wykonywać. Czekanie w kolejce, długa jazda autobusem, słuchanie nieciekawego wykładu, wykonywanie monotonnej czynności… Nuda jest stanem emocjonalnym wiążącym się z brakiem zainteresowania, obojętnością. Wywołuje ją brak bodźców, powtarzalność, pustka. Książka P. Toohey’a „Historia nudy” przybliża nam istotę nudy, jej źródła, a także przykłady jej obecności w literaturze i sztuce. Jest ciekawą publikacją, z którą warto się zapoznać.

Z okładki spogląda na nas wyraźnie znudzony chłopak, którego pusty wzrok i zobojętniały wyraz twarzy bez wątpienia świadczą o uczuciu nudy, jakie go trapi. Choć panuje przekonanie, że ludzie inteligentni nigdy się nie nudzą, bo umiejętne zaplanowanie zajęć, wszechstronne zainteresowania i hobby mogą nas ustrzec przed tym negatywnym stanem, autor książki polemizuje z tym stwierdzeniem. Nie dość, że uważa, że nudzimy się wszyscy bez wyjątku, to jeszcze wysnuwa hipotezę, że nuda jak najbardziej przynosi korzyści. Ba, ma wręcz właściwości ochronne. Zapytacie: co takiego?, jak to? Ano tak, i warto prześledzić tok rozumowania autora, który popchnął go do podobnych przypuszczeń.

Toohey, który jest profesorem filologii klasycznej na uniwersytecie w Calgary rozróżnia dwie odmiany nudy – nudę zwyczajną, z którą od czasu do czasu boryka się każdy z nas, jak i nudę egzystencjalną, która prawdopodobnie narodziła się w czasach oświecenia. Towarzyszy ona intelektualistom i objawia się podobnie jak depresja poczuciem dojmującego osamotnienia, niezrozumienia, wszechogarniającej pustki, bezsensu, brakiem jakiegokolwiek zainteresowania. Wiąże się z apatią, frustracją, wstrętem i ograniczeniem. Niedawno czytałam esej „Melancholia” M. Bieńczyka, korespondujący z tym tematem. Nuda i melancholia, a także pojęcie acedii, są ze sobą bardzo silnie związane. Właściwie często to jedna nazwa na określenie podobnych zachowań w różnych okresach czy kulturach:

„…znudzonemu i przygnębionemu mnichowi doskwiera acedia; uczony ogarnięty znużeniem staje się melancholikiem; filozof w kleszczach samotności staje się ofiarą przypadkowości lub Mdłości.”

Warto prześledzić wszystkie te układy i zastanowić się nad ich znaczeniem. W trakcie lektury okazuje się bowiem, że nuda wcale nie jest terminem – jak wydawało by się – nudnym. Wprost przeciwnie, ma bardzo bogatą tradycję i łączy się z wieloma innymi stanami emocjonalnymi.

Skoro już przywołałam esej „Melancholia”, pociągnę ten temat troszkę dalej. Myślę, że dobrze zestawić ze sobą obie książki, jeśli kogoś zainteresuje ów temat. Za punkt wyjścia najlepiej wybrać sobie „Historię nudy”, która napisana jest zdecydowanie przystępniejszym, obrazowym językiem. Toohey pisze w sposób podręcznikowy, to znaczy dokładnie tłumaczy wszystkie używane przez siebie pojęcia, tworzy definicje, daje liczne przykłady i konteksty. Wiedza z jaką wychodzimy po przeczytaniu książki stanowi dobre tło do sięgnięcia po „Melancholię”, która już w odbiorze jest trudniejsza. Ja niestety czytałam te książki w odwrotnej kolejności, co umożliwiło mi inne obserwacje.

Toohey robi też coś, czego od dawna brakowało mi w książkach tego typu – zadbał o zamieszczenie zdjęć i reprodukcji obrazów, o których mówi. Niestety nie wszystkich, co czasem jest irytujące, gdy natrafiam na analizę jakiegoś dzieła sztuki, nie mając przed nosem obrazu, a chwilowo jestem odcięta od np. dostępu do Internetu, ale jednak postarał się o kilka zdjęć, które ułatwiają odbiór jego myśli.

Książkę czyta się szybko i rzeczywiście „bez ziewania”. Dostarcza naprawdę ciekawych informacji, rozbudza zainteresowanie i sprawia, że o nudzie aż chciałoby się poczytać jeszcze więcej. Co jest do zrobienia, gdyż w tekście autor wprost zarzuca nas tytułami książek, prac i filmów, które w mniejszym lub większym stopniu sięgają po problem nudy. Także – naprawdę warto.

Największym minusem tej książki jest natomiast niestaranne wydanie – pomijając już cienki i szybko żółknący papier, główne zarzuty kieruję w stronę korektora i osoby odpowiedzialne za skład. Przede wszystkim brak systematyczności – naprzemiennie pojawiająca się kursywa i cudzysłów, odnoszące się zarówno do tytułów jak i przytaczania czyichś słów czy fragmentów książek, nie prezentują się elegancko. Myślę, że spokojnie można było przyjąć użycie wyłącznie kursywy, zresztą tak się to robi w większości współczesnych wydań. A tu raz stosuje się do tytułów jedną metodę, kilka stron później już inną, czasami nawet żadnej. Spójniki zostawiane na końcu wersów również są nieestetyczne. Pojawiło się także kilka błędów. Jakość zdjęć także jest nienajlepsza – są czarno białe, małe i niewyraźne, przez co ważne detale pozostają niewidoczne. A format książki większy niż tradycyjny pozwalałby przecież na dopracowanie tych szczegółów.

Podsumowując bez obaw polecam „Historię nudy” każdemu czytelnikowi – na pewno nie będziecie się przy niej nudzić! Książka Toohey’a dla dociekliwych wymaga jednak pogłębienia, nie zawiera wszystkiego, co o nudzie warto byłoby wiedzieć. Niektóre tematy tylko sygnalizuje, ale jest jak najbardziej dobrym punktem wyjścia i wprowadzeniem dla tych, którzy z tym zjawiskiem na takim gruncie stykają się po raz pierwszy. Poza tym cała seria wydawnictwa Bellona zapowiada się interesująco – od wydanych już „Historii brudu”, „Historii śmierci” czy „Historii nagości” po m.in. „Historię burdeli” i „Historię snów”. A to nie wszystkie zapowiedziane tytuły. Także zachęcam do poszerzania swojej wiedzy z książkami z tego cyklu, co na pewno uchroni nas wszystkich od nudy!

Ocena: 4/5

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serwisowi nakanapie.pl



Recenzja również tu.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Maggie Stiefvater: "Ukojenie"






Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: "Ukojenie"
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 520


"Prosiłaś, bym cię obudził, ale ja też spałem - głęboko jak kamień... Jednak teraz jestem na granicy przebudzenia, widzę już blask wschodzącego słońca."

No i stało się: ostatni tom trylogii z Mercy Falls, miasta, którego – notabene – nie można znaleźć na mapie, właśnie ukazał się nakładem wydawnictwa Wilga. Tym samym opowieść o ludziach zaklętych w wilki, wrażliwych na każdy podmuch zimna, dobiega końca. Grace i Sama, głównych bohaterów tej historii, poznałam w „Drżeniu”, gdzie ich miłość się narodziła. To Sam walczył wtedy o to, by odzyskać ludzką skórę i móc dzielić dni ze swoją wybranką. W „Niepokoju” nareszcie są razem, jednak to pozorne szczęście nie mogło trwać wiecznie – los kolejny raz z nich kpi, skazując na rozłąkę. Para wraca w „Ukojeniu” – zbliża się wiosna, a wraz z nią wilki przeistaczają się na powrót w ludzi. Tym razem czyha jednak na nie jeszcze jedno niebezpieczeństwo – po kolejnym śmiertelnym ataku wilków na ludzi (jak się wydaje mieszkańcom) zapada decyzja o odstrzale zwierząt. Czy ktoś uratuje wilki…?

Przede wszystkim niezwykłe jest to, że choć minęło parę miesięcy odkąd miałam w rękach poprzednią część trylogii, odnalazłam tamten klimat już po przeczytaniu pierwszych stron „Ukojenia”.
Nasi bohaterowie pozostali tacy sami, wiarygodni i bliscy, jakby zawsze tam byli – czekali na kartach książki, aż znowu ich odnajdziemy. Znów poznajemy ich myśli – Sama, Grace, Cole’a i Isabel – naprzemiennie stają się oni narratorami, by móc pokazać nam toczącą się akcję ze swojego punktu obserwacyjnego. Miłość Sama i Grace jest delikatna i zarazem absolutna – nikt nie ma wątpliwości (no może poza rodzicami Grace), że są dla siebie stworzeni. Jednocześnie mimo młodego wieku zdają się bardzo poważni i pewni w tym, co robią i co ich łączy. Zupełnie inaczej rzecz ma się z Isabel i Cole’m – niewątpliwie iskrzy między tą parą wybuchowych charakterów, ale trudno tu mówić o partnerstwie. Dziewczyna i chłopak działają na siebie jak płachta na byka – kochają się i nienawidzą. Czy mają więc szansę na szczęście?

Cole jest taką postacią, która w końcu wnosi do książki trochę świeżości. W trzecim tomie jego postać nareszcie się rozwija, możemy się o nim więcej dowiedzieć. Jego charyzmatyczna osobowość i cięty język bardzo dobrze robią fabule – wprowadzają naprawdę ciekawe kombinacje i przyprawiają o uśmiech. Cieszę się, że autorka stworzyła taką postać, która jest przeciwwagą dla poważnego i rozsądnego Sama.

Natomiast karykaturalnie zostali przedstawieni rodzice Grace, co można było zauważyć już w pierwszym tomie. Tutaj jednak wydaje mi się ten wątek trochę przerysowany, jednak nie od dziś wiadomo, że nastolatki wyolbrzymiają, a to przecież im oddano głos. Sztuczne też wydają mi się niektóre zachowania naszych bohaterów – w tej części kilka postaci ginie, ale reakcje na wieść o tym wydają mi się nietrafione, pozbawione emocji. Jakby z czyjąś stratą od razu przechodziło się do porządku dziennego.

Tym razem żegnamy się już ostatecznie… Choć autorka zostawia znów otwarte zakończenie, pozostawiając jednego z bohaterów z życiowym dylematem. Jeśli mam spojrzeć na trylogię jako na całość, to mimo wszystko najbardziej podobała mi się pierwsza część. Jak dla mnie była domknięta, skończyła się w idealnym momencie i nie potrzebowała dopowiedzeń. Pojawiła się jednak część druga, która zweryfikowała przysłowiowe „i żyli długo i szczęśliwie”. Druga i trzecia część, choć oparte na spójnych i logicznych przesłankach, tak właściwie momentami wydają się jednak pisane dla samego pisania. Brak im już tej energii, konceptu, rozwiązań. Idąc tą drogą bez problemu można by tworzyć kolejne tomy, gdyż autorka dała do tego pretekst. A że wcześniej na podobnych sygnalizowanych wcześniej aluzjach budowała kolejne tomy, dlaczego nie znowu? Decyzja jednak wydaje się nieodwołalna, ale na pocieszenie wydawnictwo zapowiedziało już publikację zupełnie nowej, magicznej powieści Stiefvater.

I na koniec jeszcze plusik za szatę graficzną, korespondującą z poprzednimi wydaniami oraz za tytuły wszystkich trzech części – „Drżenie”, „Niepokój” i „Ukojenie” – świetnie się komponują i tworzą spójną całość.

A Wy, co sądzicie o tej serii?

Ocena 4/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Wilga






PS Nowy wygląd edycji bloggera jest straszny - czy Wy też nie potraficie się w tym wszystkim połapać, czy tylko u mnie to tak świruje?

PS 2 Zapraszam wciąż do mojej rozdawajki - info po kliknięciu w banner w lewym górnym rogu strony :)

wtorek, 17 kwietnia 2012

Katherine Dunn: "Jarmark odmieńców"


Autor: Katherine Dunn
Tytuł: "Jarmark odmieńców"
Wydawnictwo: G+J
Stron: 376


Po „Jarmark odmieńców” K. Dunn sięgnęłam z ciekawości. Cyrkowa rodzina, o jakiej opowiada książka, może budzić zarówno zachwyt, podziw, ciekawość, jak i niesmak, wręcz agresję. Wszystkie te emocje możemy zaobserwować w książce, każda w jakiś sposób zmienia bohaterów. A słodko-kwaśne odczucia pozostają w nas jeszcze długo po przeczytaniu powieści.

Dziwaczna rodzina Binewskich przemierza Stany Zjednoczone jako trupa cyrkowa. Siostry syjamskie grają na pianinie i śpiewają. Chłopiec z płetwami zamiast kończyn pływa w zbiorniku z wodą. Karlica albinoska zapowiada cyrkowe występy. Tylko jedno z rodzeństwa urodziło się normalne. Zawiedzeni rodzice chcieli dziecko porzucić. I wtedy ujawnił się jego wielki sekretny dar, który uczynił go najcenniejszym i najniebezpieczniejszym skarbem rodziny.


To, co inne, nieznane, rzadkie – przyciąga. Na tym założeniu bazuje cyrkowe małżeństwo, które eksperymentując ze środkami chemicznymi, płodzi kolejne osobliwości. Nie wszystkim dzieciom udaje się przeżyć – zachowane w formalinie embriony odmieńców można podziwiać na cyrkowej wystawie. Te, które mają szczęście, dołączają do trupy cyrkowej. W miarę jak dorastają, nie czują się wyobcowane i skrzywdzone, wręcz przeciwnie. Albinoska Olympia, która jest zarazem narratorką opowieści, szczyci się swoją odmiennością, żałuje wręcz, że została tak skromnie „obdarzona”. Jej rodzeństwo myśli podobnie – w świecie Binewskich ułomność przedstawia wartość, anomalie są pożądane. Pojawienie się na świecie Kurczaka – nazywanego tak przez rodzinę – wydaje się początkowo końcem świata. Dlaczego? Otóż chłopiec jest najzwyczajniej w świecie normalny. Nie pasuje do zaklętego kręgu odmieńców, nie jest pożyteczny, nie gwarantuje widowiska. Jednak jego zdolności ujawnią się już wkrótce, a niezwykła wrażliwość chłopca w połączeniu z jego nadnaturalną mocą, może być nie tylko obiecująca, ale równie groźna…

Powieść K. Dunn szokuje i przekracza wszelkie granice. Przede wszystkim skłania nas do refleksji nad własnym jestestwem, nad postrzeganiem innych i własnymi zahamowaniami. Stawia też wiele pytań natury etycznej. Na ile możemy ingerować w rozwój zarodka? Co człowiek gotowy jest poświęcić dla wolności? Jakie są granice między kultem a szaleństwem? Co dzieje się, gdy człowieka zaczyna traktować się jak boga? Gdy on sam czuje się bogiem? Jaką cenę ma sprawność? Jak objawiają się tolerancja, wstręt, strach? Dokąd prowadzą ludzkie obsesje? Czy w wyrachowanym świecie odmieńców jest miejsce na miłość?

Powieść wciągnęła mnie od razu. Zwłaszcza, że początkowo rozgrywała się na dwóch płaszczyznach czasowych: w przeszłości, gdy rozwijał się cyrk i tu i teraz – gdy Olympia żyje już sama, z ukrycia obserwując własną córkę… Od razu pojawiły się we mnie pytania: co stało się z cyrkiem? Kto jest ojcem dziecka? Jak do tego doszło? Potem było jeszcze ciekawiej….

Później, w miarę jak makabryczność, prowokacja i cierpienie, zaczęły się mnożyć, miałam coraz bardziej mieszane uczucia. Ideologia arturyzmu nie przemówiła do mnie, wydawała mi się zbyt przerysowana, a jednak jestem w stanie wyobrazić sobie, że człowiek naprawdę byłby zdolny do podobnych zachowań w imię ogłupiających, wytęsknionych haseł o wolności, czy jak kto woli: prania mózgu. Niektóre wątki budziły we mnie zbyt wielką odrazę, trudno było mi przejść z nimi do porządku dziennego, i stąd książka straciła trochę w moich oczach. Niemniej jednak – przedstawia świat w krzywym zwierciadle i autorka starała się to uwypuklić na wszelkie dostępne sposoby. Efekt jest piorunujący.

Po tej książce czuję się rozgoryczona, rozbita, wytrącona z równowagi. To chyba jednak dobrze – daje świadectwo jej potencjału. Polecam tym, którzy lubią eksperymentować (z książkami, rzecz jasna), nie boją się kontrowersyjnych tematów i okrucieństwa, a ludzkie anomalie choć trochę ich interesują. Jeśli jednak należysz do wrażliwców, przemyśl dwa razy, zanim zaczniesz czytać. Reklamacji nie uwzględnia się :)

Ocena: 4/6

sobota, 14 kwietnia 2012

"Album małego dziecka", "Album naszego dziecka", "Album pamiątka maluszka"

Tytuł: "Album małego dziecka", "Album naszego dziecka", "Album pamiątka maluszka"
Wydawnictwo: Wilga



Moja siostra przyszła na świat, kiedy miałam dwanaście lat. To ten wiek, kiedy dziewczynki uwielbiają zajmować się niemowlakami, traktując je jako troszkę większe lalki. Założyłam wtedy zeszyt, w którym notowałam zmiany, jakie w niej zachodziły przez kolejne miesiące, nowe umiejętności, wklejałam wydruki zdjęć czy inne pamiątki. Zeszycik przetrwał do dziś i jest miłą pamiątką, ale oczywiście z racji mojego młodego wieku i materiałów pozostawia wiele do życzenia. Ten unikalny czas, a szczególnie pierwszy rok życia dziecka, zasługuje na upamiętnienie. W dzisiejszych czasach jest to o tyle prostsze, że rynek oferuje całą gamę ślicznych, trwałych albumów, w których rodzice mogą zapisywać podstawowe informacje o poczynaniach maleństwa, ale też gromadzić pamiątki.

Postanowiłam dziś zrecenzować kilka takich albumów. Mogą po nie sięgnąć zarówno sami świeżo upieczeni rodzice, ale przede wszystkim są one doskonałym pomysłem na prezent z okazji narodzin, chrztu czy pierwszych odwiedzin maleństwa.
Wybrałam trzy typy takich albumów, wszystkie wydawnictwa Wilga, ale oczywiście jest ich dużo, dużo więcej. Sądzę jednak, że warto zwrócić uwagę na zawartość niż kupować na łapu capu, bo skoro już decydujemy się upamiętniać dzieciństwo naszego brzdąca, warto zadbać o to, by zrobić to starannie.

Pierwszy z wybranych przeze mnie albumów nosi tytuł „Album małego dziecka”. Nie zawiera on rozróżnienia płciowego, dlatego można się nim zainteresować jeszcze zanim maleństwo przyjdzie na świat. Bardzo często ostatnie miesiące ciąży są takim okresem, kiedy chce się już mieć dziecko przy sobie i wręcz przesiaduje się w sklepach, kolekcjonując ubranka i zabawki. Dla takich niecierpliwych rodziców, nie znających płci dziecka,, ten album jest wprost idealny. Poniżej zdjęcie okładki:













Jak widać, album schowany jest w specjalnym tekturowym pudełku, co dodatkowo go zabezpiecza na przyszłość. Ponadto wszystkie prezentowane przeze mnie albumy mają ładne wiązania i masywne okładki.

Jest to album nastawiony przede wszystkim na wklejanie zdjęć – przeznaczono na nie wiele miejsca. Strony są sztywne, a zdjęcia wkładamy od góry, przez specjalnie do tego przygotowane nacięcia. Myślę, że w dzisiejszych czasach będą to przede wszystkim wydruki i chyba nie powinno być problemów z prawidłowym ułożeniem obrazków.

Na poszczególnych stronach możemy uzupełniać zarówno podstawowe informacje o narodzinach, imieniu, „pierwszych razach” dziecka, pierwszych świętach, urodzinach czy wakacjach, ale także inne. Mamy tu drzewo genealogiczne (opisowe, bez miejsca na zdjęcia), tabelę przyrostu wagi dla chłopców i dziewczynek, możemy zanotować terminy wizyt u lekarza.




Na ostatniej stronie znajduje się kalendarium „Kilka ważnych chwil”, w którym można zanotować to, co w albumie zostało pominięte. Jest też miejsce na odciski rączki i stópki albo schowanie pukla włosów. No i ilustracje ze zwierzęcymi bohaterami są naprawdę słodkie. Na każdej stronie odnajdujemy inne gatunki zwierząt – autorzy pewnie w ten sposób próbowali sobie radzić z tym, że album ma uniwersalnego odbiorcę. Nie mogli faworyzować żadnej z płci, gdyż trafi on w ręce rodziców zarówno dziewczynek, jak i chłopców.

Są też elementy moim zdaniem zbędne (np. „Jestem podobny do…”) i można by je zastąpić innymi, nie ujętymi w całości.

Kolejny album, który postaram się Wam przybliżyć, to „Album naszego dziecka”.
Tu już dostępne są dwie wersje – różowa, dla dziewczynek, i niebieska – dla chłopców. Miałam przyjemność zapoznać się z ta drugą: poniżej okładki obu.




I tutaj, jak w poprzednim przypadku, mamy przede wszystkim do czynienia z trwałym wykonaniem – elegancka okładka, sztywne strony, między które wkładamy zdjęcia i wiązanie. Analogii jest więcej, gdyż większość informacji zawiera każdy album – informacje o narodzinach, „pierwszych razach”, imieniu, wakacjach, świętach, ulubionych rzeczach, miejsce na zdjęcie lub odcisk rączki i stópki. Jest i drzewo genealogiczne w formie rysunku faktycznego drzewa, z miejscem na zdjęcia krewnych. Zabrakło mi kalendarium, jak w przypadku poprzedniego albumu. Ilustracje są za to ładniejsze: przedstawiają rodzinę zajączków z małym synkiem. Są też adekwatne do sytuacji – przy pierwszych urodzinach mamy rodzinkę zgromadzoną wokół tortu itp. Album jest bardzo kolorowy.




Trzeci „Album Pamiątka Maluszka” również dostępny jest w dwóch odsłonach z bucikami na okładce – pokażę wam wersję różową, dla dziewczynek. Oto zdjęcia:



Kartkując album (posiadający spis treści, co ułatwia poszukiwanie konkretnych stron), od razu można zauważyć znaczące różnice, jeśli zestawić go z poprzednimi. I pewnie ma na to wpływ cena – album ten jest stosunkowo tańszy od dwóch poprzednich. Strony są cienkie i bardziej podatne na uszkodzenia. Ilustracji jest mniej, są bardzo ubogie, ale za to pojawiają się rymowanki, które można czytać wspólnie z dzieckiem, uczącym się mówić. No i miejsca na własne notatki jest zdecydowanie więcej. Jeśli jesteśmy zdecydowanie nastawieni na gromadzenie faktów, wnikliwą obserwację dziecka i odnotowywanie wszystkich, nawet najdrobniejszych jego sukcesów, to coś zdecydowanie dla nas.


Oprócz tradycyjnych stron tematycznych – takich jak narodziny, pierwsze urodziny, wakacje, święta, drzewo genealogiczne (opisowe), album umożliwia systematyczniejsze gromadzenie informacji o rozwoju – pojawiają się karty 2, 4, 6, 8… miesięcy. Oprócz zwyczajowych notatek (wzrost, waga, pierwsze słowo, pierwszy krok, karmienie) pojawiają się też ciekawostki np. aktualna cena chleba czy znaczka – po latach takie wzmianki nabiorą dla dorosłego już dziecka dużego znaczenia. W albumie możemy zawrzeć o wiele więcej szczegółów niż w przywoływanych wyżej – nazwisko lekarza odbierającego poród, położnej, godziny zasypiania, pierwsza przespana noc, chwytanie grzechotki – to tylko niektóre z przykładów.

Jest i tabela szczepień i wizyt u lekarza oraz rubryka „Najpiękniejsze wspomnienia”. Zdjęcia można wklejać w wyznaczonych do tego ramkach. Za mało jednak jak dla mnie akcentów żeńskich, bo poza okładką i pastelową kolorystyką trudno wyczuć, że jest to album przeznaczony wyłącznie dla dziewczynek.

Podsumowując – jeśli ważna jest dla nas oprawa graficzna zdecydowanie polecam drugi z albumów. Właściwie oceniam go najwyżej ze wszystkich tu wymienionych, gdyż stanowi tzw. złoty środek. Piękne ilustracje, podstawowe informacje do wypełnienia, zgrabna i trwała oprawa. Jeśli chcemy jak najwięcej zanotować, prowadzić bardziej dziennik, niż album, warto skusić się na opcję numer trzy. Co prawda ten album nie jest już tak solidny, ale ma swoje zalety. No i został jeszcze „Album małego dziecka”. Podoba mi się to, że można go schować w pudełku i że można go kupić zanim urodzi się dziecko, bez ryzyka, że nie trafimy z płcią maluszka, jednak pod względem zarówno treściowym jak i wizualnym nie dorównuje pozostałym.

Tworzenie albumu i obserwacja dziecka jest przyjemnością dla rodziców, a po latach może stanowić bezcenną pamiątkę nie tylko dla nich, ale przede wszystkim dla dorosłego już bohatera albumu, który z jego kart może dowiedzieć się tak wiele o swoim dzieciństwie. Warto zainwestować w taką pamiątkę.


Za egzemplarze recenzenckie dziękuję wydawnictwu
Wilga


czwartek, 12 kwietnia 2012

Konkurs wiosenny!

Postanowiłam ogłosić mały konkurs z książką, już drugi w mojej blogowej karierze. Do wygrania "Między niebem a ziemią" J.F. Twymana. Książka, którą sama kiedyś wygrałam, ale jakoś wciąż mi do niej nie po drodze, gdyż to trochę nie moja tematyka. Z chęcią ją więc komuś oddam.


Oto mój bannerek:


Może parę słów o fabule:

Oto niezwykła opowieść autora „Sekretu kodu Mojżesza”, która jest zapisem autentycznych doświadczeń autora.
Lynda, żona Jamesa Twymana, została bez powodu zamordowana przez dwóch mężczyzn, którzy włamali się do jej mieszkania. Trzy i pół roku później James pod wpływem snów i dziwnych wizji odbywa podróż do Lakeview, drogą stanową numer 144, gdzie na krótko po śmierci żony, sam o mało nie zginął. Tajemnicze miejsce przyciąga
go w hipnotyczny sposób, ale jak się okazuje, nie jest to zwykła droga.
Miejscowi ze względu na głębokie urwiska, wokół których wije się kręta droga, zwą ją Aleją Samobójców, natomiast według Indian droga ta prowadzi przez tereny, na których granica między światem ludzi i światem duchów jest bardzo cienka.
Jeżeli kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy można skontaktować się z bliskimi osobami, które zmarły, nie musisz mieć już wątpliwości. Jeśli myślałeś, że niebo i ziemia nie są ze sobą związane, ta książka ukaże ci świat, o jakim nie śniłeś… Świat, w którym miłość trwa wiecznie, a życie nigdy nie przemija.


Zasady:

1. Konkurs trwa od 12.04.2012 r. przez cały miesiąc. Zgłaszać można się do 12.05 do godz. 23.59. (wtedy przypadają moje urodziny :)
2. O wygranej poinformuję 13.05.
3. Zwycięzcę wyłonię spośród obserwatorów bloga, którzy wyrażą chęć wzięcia udziału w losowaniu przy pomocy komentarza pod tym postem.
5. W komentarzu proszę podać nick, pod jakim mnie obserwujecie oraz swój e-mail.
6. Będzie mi miło jeśli wkleicie banner konkursowy u siebie na blogach, jednak nie jest to obowiązkowe.
7. Zwycięzca ma tydzień na przesłanie mi swoich danych adresowych. W wypadku ich braku, powtórzę losowanie.
8. Paczki wysyłam tylko na terenie Polski.



Powodzenia!

wtorek, 10 kwietnia 2012

Marek Bieńczyk: "Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty"




Autor: Marek Bieńczyk
Tytuł: "Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 144



Ta książka chodziła za mną już od czasu studiów i aktualne wznowienie sprawiło, że wreszcie ją mam. Przekonał mnie sam podtytuł: „Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty”. Wers ten jest zapożyczeniem z wiersza „Łabędź” Ch. Baudelaire’a (przytoczonego zresztą w całości w pierwszym rozdziale). Ukrywa się w nim pewien koncept, który jest fundamentalną istotą stanu ducha, jakim jest melancholia. Można porównać ją do żałoby, z tym, że melancholik cierpi nieświadom, co utracił. Jest to dla niego tym trudniejsze, że nie mogąc zlokalizować bólu, nie potrafi się z nim uporać. „Nic, które boli”, zakamuflowana strata, coś, co wywołuje pustkę, ale nie jesteśmy w stanie odnaleźć źródła problemu. To najważniejsza charakterystyka melancholii i na tym założeniu Marek Bieńczyk buduje swój esej.

O historii melancholii, początkowo kojarzonej z „czarną żółcią”, odkładającą się w śledzionie, o bohaterach melancholijnych, o przejawach melancholii odkrywanych w literaturze i malarstwie, o jej cechach, właściwościach, sposobach leczenia i następstwach rozwijania się, o wyobrażeniach, interpretacjach i badaniach… O tym wszystkim jest ta książka, ale - uwaga. Książeczka ta nie jest rozprawą naukową, jest – zgodnie z zapowiedzią, esejem, a więc formą literacko-naukową, subiektywną i refleksyjną. Autor jest niesystematyczny, choć stara się ubrać całość w uporządkowaną formę, określając tematykę kolejnych rozdziałów – ale jego wywody to często ciąg luźnych asocjacji. Przede wszystkim jednak esej jest popisem kunsztu literackiego autora, pojawiają się tu środki artystyczne, a rozległa wiedza potwierdza erudycję pisarza. I choć przy okazji wiele się o istocie melancholii dowiadujemy, jeżeli interesują nas dociekliwe badania, trzeba sięgnąć po jakieś uzupełnienie – i tu Bieńczyk podsuwa nam parę naprawdę dobrych tytułów. Ja na pewno skuszę się na kolejne książki dotykające tego zagadnienia, gdyż niezwykle mnie zafascynowało. Książka Bieńczyka jest raczej pretekstem do dalszych poszukiwań – pierwszym szkicem tematu.

Język na pewno nie jest lekki i nie dla wszystkich przystępny. Sama czytałam książkę głownie wieczorami, po pracy i czasem musiałam wracać do początku rozdziału, gdyż koncentracja jest tu raczej konieczna. Książka nie jest łatwa w odbiorze, ale gdy już przebijemy się przez barwny język, możemy odczuć wielką przyjemność czytania.

Bieńczyk zabiera nas w literacką podróż
, wołając „Przechodniu (…) przyjrzyj się ze mną jej [melancholii] różnym obliczom na placu Carroussel”. Udajemy się w wędrówkę po powołanych przez niego do życia krainach, po których on porusza się z wielką swobodą – my natomiast musimy biec, by dotrzymać mu kroku. Czasem autor zapędza się w przywoływanych kontekstach i czytelnik nie zawsze równie płynnie przeskakuje z jednego porównania w kolejne. Ponadto brakowało mi reprodukcji obrazów, o których pisał – a są one o tyle ważne, że konkludują cechy melancholiczne, drobiazgowo dopracowane w malarstwie. Mimo to jestem z lektury zadowolona i gotowa na dalsze poszukiwania. Temat melancholii jest mi bliski i chciałabym jak najwięcej dowiedzieć się o tej tajemniczej tęsknocie, która od wieków pożera ludzi od środka.

Ocena: 5/6

środa, 4 kwietnia 2012

Anna Janko: "Dziewczyna z zapałkami"


Autor: Anna Janko
Tytuł: "Dziewczyna z zapałkami"
Wydawnictwo: Nowy Świat
Stron: 264




„Dziewczyna z zapałkami” Anny Janko – eh, zawiodłam się. Może to, że powieść napisała poetka (ceniona, wyróżniona m.in. Nagrodą Nike) sygnalizowało już, że będzie to książka inna – pełna wyczucia, szacunku do słowa, subtelna, delikatna, poetycka. To prawda i wydawać by się mogło, że nie jest to wada, wręcz przeciwnie, a jednak – nadmiar, przesyt. Bo wszystkim można się „przejeść”. I tak było w tym wypadku.

Bohaterką jest ona – Hanna, Hanuś, Ha. Czasem mówi o sobie w trzeciej osobie, jakby wolała nie mieć ze sobą nic wspólnego, innym razem, już świadomie, stawia zaimek „ja”. Młoda kobieta, żona, matka – jej życie kręci się wokół rodziny. Wyszła za mąż nie z miłości, właściwie sama nie jest w stanie określić, co pchnęło ją przed ołtarz. Mieszkanie dzielone z teściami, a w szczególności ze złośliwą teściową, niedarzącą ją ciepłymi uczuciami, szybko podkopało samoocenę. Pojawiła się ciąża, która uniemożliwiła pracę zawodową. Dobre lata szybko minęły, ustąpiły miejsca koszmarowi szarego życia bez perspektyw.

Trudno mówić o czym jest ta książka z uwagi na specyficzny styl autorki. Powieść to poetycka, a może pseudo? Nie da się odmówić Janko barwnego, plastycznego języka, którym czaruje, rozbudza wyobraźnię, tworzy wysmakowane obrazy. Ale to, co w poezji świadczy o kunszcie, w przypadku prozy zaczyna być… nużące, monotonne, wręcz nudne. Ile można czytać o nierozgarniętej życiowo kobiecie, która zamiast wziąć się w garść i popracować nad sobą, woli stać w miejscu psiocząc jaka to nieszczęśliwa jest, bo mąż jej nie rozumie, za wiele wymaga, teściowa płacze, że złamała życie jej synkowi, a ona siedzi w pieluchach i w twórczej niemocy, bo chociaż jest poetką, to jednak cierpi na brak słów. Egocentryzm w najlepszym wydaniu. Irytujący typ bohaterki, której nie jestem w stanie darzyć sympatią. Można ubrać takie wynaturzenia w ładne słówka i przyznam, działa to na początku, jednak po pewnym czasie staje się mdłe, wywołuje nudności. Nie, nie dla mnie. Powieść powinna mieć jasno zarysowaną fabułę, konkretnych bohaterów i opisywać jakieś wydarzenia – tu: chaos. Gdzieś pomiędzy pieczeniem żeberek a awanturowaniem się z mężem, jesteśmy świadkami intymnych (może trochę aż nadto) zapisków, przywodzących na myśl pamiętnik albo blog, o tym jakie jest życie, czym jest sen, poezja, samotność, noc… Zdaje się, że przyszła pisarka szlifuje swój warsztat, notując przed snem refleksje czy cytaty z przeczytanych dzieł. Jednak zbyt wiele w tym niespójności, pisania o pisaniu (czy raczej o nieumiejętności składania słów), opakowanych w ozdobny papier cukierków bez nadzienia. I taki trochę… Coelho? Na ile jest to powieść autobiograficzna już nie wnikam, choć zaakcentowane są liczne zbieżności z biografią pisarki.

Czytanie „Dziewczyny z zapałkami” było dla mnie męczarnią i ostatnie kilkadziesiąt stron już tylko przekartkowałam, szukając punktu zaczepienia, interesujących momentów (bezskutecznie). Odradzam nie tylko przez wzgląd na dołującą tematykę, ale także toporną stylistykę. Chyba, że ktoś lubi, bo widzę, że Janko ma wielu zagorzałych zwolenników. Niestety – nie wpisuję się w te kręgi.


Ocena: 2/6

niedziela, 1 kwietnia 2012

Oliver Sacks: "Wyspa daltonistów i wyspa sagowców"


Autor: Oliver Sacks
Tytuł: "Wyspa daltonistów i wyspa sagowców"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 280


"Niedawno - powiedział Knut - jego siostra, Britt, chcąc udowodnić, że jest to możliwe, wydziergała sweter w szesnastu kolorach. Wymyśliła własny system rozpoznawania motków wełny za pomocą znakowania ich numerami. Sweter miał wymyślny motyw przedstawiający sceny z norweskich legend, ale ponieważ został wykonany z wełny w różnych odcieniach przydymionego brązu i purpury, nie kontrastujących ze sobą, normalne oczy z trudem go dostrzegają. Jednakże Britt, reagując tylko na jasne światło, widziała go bez trudu, prawdopodobnie lepiej niż ludzie ze zdrowym wzrokiem.
To moja specjalna, tajemna sztuka - mówiła. - Trzeba być daltonistą, żeby to widzieć".


Tak jak obiecałam – dziś recenzja kolejnej książki Olivera Sacksa.

„Wyspa daltonistów i wyspa sagowców” koncentruje się na trzech tematach, co można wywnioskować już z tytułu. Są to: specyfika wysp, intrygujące choroby i botanika. Książka składa się z dwóch części, a każda z nich jest owocem niezależnych od siebie podróży autora do Mikronezji. Sacks od najmłodszych lat fascynował się wyspami – eksperymentalnymi formami natury, zamkniętymi i odrębnymi. Ta izolacja przyczynia się do rozwoju nie tylko osobliwych form roślinnych, ale również unikalnej tożsamości kulturowej. Dodatkowo, Mikronezja przyciągnęła Sacksa z jeszcze jednego powodu – zajmował się badanem daltonizmu, gdy usłyszał o wyspie, na której zamieszkuje społeczność obciążona tą chorobą. W tak ograniczonych warunkach terytorialnych dziedziczna achromatopsja rozprzestrzeniała się w zatrważającym tempie. Kolejna z jego wypraw wynikła z zainteresowania sagowcami – pięknymi drzewami, przypominającymi palmy, będącymi jednak również przekleństwem wyspiarzy… Dlaczego? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się zagłębić w lekturę, zdradzę jedynie, że w drugiej części książki Sacks zajmuje się chorobą o dotąd niezidentyfikowanym pochodzeniu – lylico i boding. A oprócz tego rozpływa się nad rzadką, fascynującą roślinnością tamtych wysp.

„Wyspę…” czytało mi się o wiele szybciej i sprawniej niż omawiany wcześniej „Zobaczyć głos”. Zjawiska, na których koncentruje się lekarz, są przedstawione tutaj mniej naukowo. Oczywiście nadal mamy wiele teorii, jednak tym razem dochodzą też wątki fabularne. Sacks opisuje bowiem swoją podróż dzień po dniu, z jednej strony skupiając się na swojej pracy, kontaktując się z osobami chorymi i opisując ich dolegliwości, z drugiej po prostu cieszy się pobytem w urokliwym miejscu, zwiedza, podziwia, odpoczywa.

Jak to jest nie znać barw? Daltoniści postrzegają świat w szarościach i nawet nie potrafią sobie wyobrazić czym są kolory. Ciekawym było dla mnie poznanie sposobów w jaki sobie radzą w codziennym życiu z tym ograniczeniem. Trzeba również pamiętać, że daltonizm to nie tylko niemożność rozpoznania barw. Osoby cierpiące na achromatopsję są bardzo wrażliwe na światło i właściwie dobrze czują się dopiero po zmroku. Ich wzrok jest też słabszy, nie widzą detali i dopiero posługiwanie się np. szkłem powiększającym daje im swobodę poruszania się czy czytania. Wszystkie informacje na ich temat, których dostarcza nam Sacks, są niezwykle zajmujące. Po przeczytaniu pierwszej części książki doszłam do wniosku, że nie potrafię się nawet postawić na miejscu osoby dotkniętej taką wadą wzroku…

W drugiej części książki stajemy się wręcz tropicielami zagadki, szukając źródła nieznanej choroby, powodującej objawy takie jak parkinsonizm czy paraliż. Hipotezy się mnożą, badania podejmowane na przestrzeni lat wysnuwają kolejne domniemane przyczyny, jednak zagadka wciąż pozostaje nierozwiązana. Czytanie tego rozdziału jest naprawdę pasjonujące!

O Sacksie usłyszałam po raz pierwszy w odniesieniu do jego książki „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”. Zanim udało mi się sięgnąć po ten tytuł, w moje ręce wpadły dwa inne, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że będę dalej poszukiwać. Dotąd raczej nie czytałam książek popularnonaukowych, ale teraz się to zmienia i widzę szereg korzyści wypływających z tego faktu.

Ocena: 5/6



Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka