poniedziałek, 26 marca 2012

Milena Agus: "Ból kamieni"

Autor: Beata Szy dnia 18:57:00 9 komentarze

Autor: Milena Agus
Tytuł: "Ból kamieni"
Wydawnictwo: W.A.B
Stron: 128


„Ból kamieni” Mileny Agus to książeczka drobna, broszurowa, wywołująca jednak duże emocje. Przez krytyków okrzyknięta „małym klejnotem literackim” czy „diamentem z Sardynii” – te opinie mówią same za siebie. Ja również odnalazłam w tej lapidarnej opowieści coś dla siebie, choć nie przesadzałabym jednak ze słowami zachwytu.

Agus buduje swoją opowieść na właściwie banalnej historii – wnuczka stojąca u progu zamążpójścia wspomina swoją ekscentryczną babkę, z którą czuła się bardzo zżyta. Z nieuporządkowanych, fragmentarycznych wspomnień wyłania się obraz kobiety nieszczęśliwej, nie mogącej zaznać w życiu miłości. Babka bohaterki w młodości obciążona była piętnem, które odstraszało wszystkich kawalerów. Rodzice uważali ją za wariatkę, ona sama wykazywała autodestrukcyjne zachowania. Wydawało się, że zostanie starą panną, jednak pojawił się w domu jej rodziców gość, starszy wdowiec, który w zamian za gościnę zdecydował się poślubić dziewczynę. Ta zapierała się rękami i nogami, jednak nie mogła podważać decyzji rodziców. Odtąd skazana była na życie u boku mężczyzny, z którym nie chciała nawet dzielić łoża. Później pojawił się Weteran, który pociągał ją od pierwszego wejrzenia…

Tytułowy ból kamieni oznacza dolegliwość, na którą cierpiała babcia. Kamienie nerkowe przez wiele lat uniemożliwiały jej zajście w ciążę, skutkowały poronieniem. Dopiero wizyta w uzdrowisku przyniosła odnowę, nie tylko na ciele zresztą…

Książka Agus jest, jak już wspomniałam, cieniutka i w sam raz na jeden, spokojny wieczór. Jednak styl autorki jest trochę toporny, specyficzny, czasem aż nazbyt zwięzły. Czytając tę krótką powieść miałam mieszane uczucia, niektóre sceny (zwłaszcza dotyczące życia seksualnego bohaterów) wręcz budziły we mnie niesmak.
Mimo to książka ma wiele zalet i przemyca wartościowe refleksje. Oprócz historii babci, która jest osią tej powieści i zaskakuje zakończeniem, bardzo poruszyła mnie opowieść o drugiej babce narratorki. Szkoda, że o niej samej – o postaci mówiącej, młodej bohaterce – wiemy tak mało. Koncentruje się ona na przybliżeniu sylwetki babki, próbuje ją zrozumieć, poznać, odkryć sekrety. Kobieta, która zaskakiwała bliskich przez całe życie, najbardziej zaskoczy jednak po śmierci.

Polecam tym osobom, które nie szukają w lekturze tylko rozrywki, ale lubią tropić prawdę, ukrytą na kartach nietuzinkowych opowieści.

Ocena: 4/6

sobota, 24 marca 2012

Oliver Sacks: "Zobaczyć głos"

Autor: Beata Szy dnia 15:45:00 11 komentarze

Autor:Oliver Sacks
Tytuł: "Zobaczyć głos"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 258


Na pewno zastanawialiście się kiedyś nad tym, co dla człowieka jest bardziej dotkliwe: utrata słuchu czy wzroku? Czy dziecko, które rodzi się głuche jest obciążone tak samo jak te niewidome, czy może cierpi bardziej, a może mniej? Czego balibyście się bardziej? Zawsze wydawało mi się, że cenniejszy jest dla mnie zmysł wzroku – bo jakby to było, gdybym nie mogła patrzeć w oczy osobie, którą kocham, nie mogła oglądać piękna otaczającego nas świata, poznawać twarzy ludzi, oglądać, czytać, podziwiać… Jednak dopiero książka „Zobaczyć głos” O. Sacksa uświadomiła mi, że byłam w błędzie. Osoby niesłyszące borykają się z problemem, którego niewidomi nie doświadczają – nie są zdolni się ze sobą komunikować. Było to widoczne przede wszystkim w czasach prześladowań, gdy język migowy był zabroniony – osoby niesłyszące skazane były wtedy na życie bierne, bez zrozumienia kogokolwiek z zewnątrz, bez możliwości rozwijania się, kształcenia, porozumiewania. Dlatego przez wiele lat pokutowało przekonanie, że osoba niesłysząca jest upośledzona umysłowo – zresztą wciąż zdarzają się przypadki mylnej diagnozy z powodu niezidentyfikowania wady słuchu. A przecież ludzie ci mają takie same predyspozycje do rozwoju, jak i my, jeśli tylko się im to umożliwi.

Książka Sacksa składa się z trzech części, które wcześniej były publikowane osobno w formie eseju. Uzupełnione i zebrane, zostały złożone w pracę naukową, napisaną jednak w miarę możliwości przystępnym językiem, który nie nuży. Sacks, angielski neurolog i psychiatra, wydał już kilka książek, w których zmierzył się z tematami ludzkiego umysłu, uszkodzeń mózgu, chorób i odmienności. Znany jest z tego, że pisze w sposób lekki, tak że nie trzeba studiować medycyny, by zrozumieć jego książki. „Zobaczyć głos” (książka, która została właśnie wznowiona przez wydawnictwo Zysk i S-ka) jest podobno jedną z cięższych w jego dorobku, ale mimo to nadal ciekawą i przyjemna w odbiorze. Owszem, Sacks ma to do siebie, że wciąż wdaje się w rozbudowane dygresje, zrzucane do przypisów, często zajmujących na stronach obszar większy niż tekst główny. Może to być miejscami uciążliwe, gdyż łatwo zgubić wątek, ale z drugiej strony – jeśli ktoś nie jest zainteresowany może te przypisy omijać, wybierać tylko te ważniejsze, a poza tym często znajdują się w nich naprawdę ciekawe informacje.

Książka Sacksa powstała na skutek jego kontaktów z wieloma osobami niesłyszącymi, z lekarzami i profesorami badającymi zarówno takich pacjentów jak i strukturę języka, ze słyszącymi dziećmi niesłyszących rodziców, z nauczycielami języka migowego i wieloma, wieloma innymi. Autor przyznaje, że dopiero po napisaniu książki zabrał się do tego, od czego powinien był zacząć – nauki języka migowego, ale mimo to pisząc wykazał się dużym zrozumieniem ich potrzeb, a jego książka jest czymś w rodzaju hołdu, złożonego osobom głuchym.

To co podobało mi się najbardziej to przedstawione konkretne przypadki osób, które np. dotąd odizolowane zaczęły uczyć się języka migowego w późniejszym wieku, dla których język migowy jest pierwszym językiem, mimo że słyszą, różnice w wychowaniu dzieci niesłyszących przez rodziców również dotkniętych tą chorobą jak i zdrowych czy też sposoby nauki języka. Wiele się dowiedziałam, gdyż prawda jest taka, że zazwyczaj ludzie nie interesują się tym problemem, nie zastanawiają nad ciężką dolą osób obarczonych utratą słuchu.

Na koniec kilka słów o okładce, która moim zdaniem jest projektem idealnym. Skromna, minimalistyczna, a jednocześnie wyrażająca to, co najważniejsze. Zobaczyć głos, sugerując się tytułem, wskazuje tu na fakt, że u niesłyszących tak to właśnie wygląda. Oni widzą słowa, migając. Każdy ruch dłoni, mimika twarzy i gra ciała – wszystko to do nich przemawia.

Niesłyszący to społeczność zamknięta, do której słyszący mają dostęp tylko w wyjątkowych przypadkach. To grupa, mająca swoją kulturę, swój język (oraz wiele jego odmian), swoją mentalność. Świat z ich punktu widzenia wygląda zupełnie inaczej, niż nasz, ale nie jest to świat gorszy. Jak ich sytuacja przedstawiała się na przestrzeni wieków, co wykazują badania, co myślą niesłyszący o sobie, czy mogą nauczyć się mówić oraz do czego prowadzi zakładanie szkół dla nich, w których nauczycielami są również niesłyszący, możecie przekonać się, sięgając po książkę. W moim przypadku na pewno nie jest to ostatnie spotkanie z tym autorem, gdyż mam w zanadrzu kolejną książkę jego autorstwa, o której usłyszycie niebawem.

Ocena 5/6


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

poniedziałek, 19 marca 2012

Ronlyn Domingue: "W zbawiennej próżni"

Autor: Beata Szy dnia 17:02:00 11 komentarze

Autor: Ronlyn Domingue
Tytuł: "W zbawiennej próżni"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 352



"On nadal cię ma, chociaż nie żyje."



Do przeczytania „Zbawiennej próżni” R. Domingue przekonało mnie jedno – porównanie klimatu tej książki do „Nostalgii anioła” A. Sebold. I choć zwykle traktuję podobne zestawienia z przymrużeniem oka, bo bywają na wyrost, tu jednak dałam się przekupić. „Nostalgia…” jest jedną z moich ulubionych pozycji (ktoś czytał?) i cieszyłam się na myśl, że znów będę mogła zanurzyć się w podobny, nostalgiczny świat. Tym razem udało się, jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana.

Razi nie żyje od kilkudziesięciu lat. Jej duch jednak pozostaje na Ziemi – tkwi pomiędzy, pozwalając na obserwowanie życia innych ludzi, uniemożliwiając jednak uczestniczenia w nim w sposób namacalny. Kobieta nie może przebywać w pobliżu swojego grobu, opuściła też rodzinę, przyjaciół i ukochanego – przebywanie w ich pobliżu działa bowiem destrukcyjnie zarówno na ducha, jak i na ludzi, ale nie znaczy to, że zapomniała. Każdy dzień, każdą minutę poświęca na rozpamiętywanie swojej przeszłości, na opłakiwanie życia, które zostało jej odebrane w młodości, w najlepszym momencie. Wciąż zastanawia się co stało się z jej ukochanym i ta obsesja wyniszcza ją. Nieoczekiwanie pewna biblioteczka pełna wspomnień splata losy Razi z młodą parą – Amy i Scottem. Duch dziewczyny uzależnia się od ich towarzystwa, odnajdując w ich historii echa własnej. Towarzyszy im, odkrywając sekrety nie tylko z ich życia, ale również ze swojego…

„W zbawiennej próżni” jest książką specyficzną, którą albo odłoży się ze zniechęceniem po kilku stornach, albo będzie się czytać z wielkim zaangażowaniem. Należę do tych, którzy tę książkę po prostu czują.

Dwie przeplatające się ze sobą historie – ta sprzed lat, której bohaterką jest Razi i ta dziejąca się tu i teraz, w której śledzimy udręki młodej żony, Amy, mają wiele cech wspólnych. Jedna prowokuje drugą, pewne wydarzenia wywołują wspomnienia o innych. Na końcu okaże się, że ta więź zacieśni się jeszcze bardziej. Sposób, w jaki wszystko nagle się tłumaczy i uzupełnia jest bardzo ciekawie pomyślany. Ale wszystkie puzzle układanki dopasują się dopiero na końcu. Wcześniej mamy tylko poszlaki, domniemania, intuicyjne powiązania.

Książka R. Domingue to opowieść o dramacie. O życiu, które zostaje zakończone w najmniej spodziewanym momencie i wszystkich tych szansach, których nie zdołało się wykorzystać. Ale przede wszystkim książka pokazuje jak trudno jest tym, którzy pozostają. Jak bardzo boli śmierć osoby, którą się kochało. I ile można stracić pogrążając się w niekończącej się żałobie. Jak śmierć jednostki wpływa na losy innych. Jest to też opowieść o poszukiwaniu siebie, odnajdywaniu sensu w życiu, odbudowywaniu z popiołów. Czasem daje nadzieję, innym razem ją pogrąża. I wreszcie – historia miłości silniejszej niż śmierć. Tak pięknej, że wyciska z oczu łzy. I niejednej…

To powieść przede wszystkim prawdziwa, zaciskająca gardło. Książka, która aż krzyczy do czytelnika. Niełatwa i niewesoła, ale dla sympatyków nostalgicznych opowieści z pewnością lektura niezapomniana.

Ocena: 5/6

środa, 14 marca 2012

Jodi Picoult: "Karuzela uczuć"

Autor: Beata Szy dnia 20:42:00 20 komentarze

Autor: Jodi Picoult:
Tytuł: "Karuzela uczuć"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tytuł: 512


Kiedyś widziałam film telewizyjny, oparty na podstawie „Karuzeli uczuć”. Nie miałam wtedy pojęcia, że powstał w oparciu o jakąś książkę, ani kim w ogóle jest Jodi Picoult. Kiedy przeczytałam zapowiedź wydawniczą, skojarzyłam fakty i stwierdziłam, że chcę odbyć tę sentymentalną podróż i zetknąć się z tą historią jeszcze raz.

Rodziny Harte’ów i Goldów mieszkają po sąsiedzku od osiemnastu lat i są ze sobą bardzo zaprzyjaźnione. Ich dzieci są nierozłączne już od małego i wszyscy po cichu żywią nadzieję, że Chris i Emily stworzą parę, gdy dorosną. I rzeczywiście tak się dzieje. Nastolatkowie są jakby stworzeni dla siebie: nie mają przed sobą sekretów, znają się od zawsze, wszystko o sobie wiedzą, czytają sobie w myślach. Więź między nimi jest silna, może nawet za bardzo… Czy można tak żyć, nie dusząc się?

Którejś nocy dochodzi do tragedii. W jej następstwie Chris trafia do szpitala, a Emily umiera. O tym, czy było to rozszerzone samobójstwo, które doszło do skutku tylko połowicznie, czy może morderstwo, zdecyduje sąd. Wiadomo jednak, że nic już nie będzie takie, jak dawniej. Drogi dwóch rodzin rozchodzą się. Jedni oskarżają, drudzy chcą chronić. Żadne działania nie przywrócą jednak życia zmarłej dziewczynie. A prawdę o wydarzeniach dramatycznej nocy zna już tylko Chris. A ten uparcie milczy…

Jak pisze Picoult wiedzą wszyscy, którzy mieli w rękach przynajmniej jedną jej książkę. Niektóre motywy rzecz jasna są powtarzalne: rozprawa sądowa, przedstawianie różnych punktów widzenia, wymienne opisywanie teraźniejszości i retrospekcje. A jednak, autorka przemyca do swoich książek to coś, dzięki czemu wcale nie nudzi, a raczej niezmiennie porusza, angażuje, zaskakuje. Przy jej książkach można miło spędzić czas, choć z reguły chwyta się tematyki kontrowersyjnej, melancholijnej, trudnej. Tak jest i tym razem.

Tym, co najbardziej podobało mi się w książce było stopniowe odsłanianie prawdy o zmarłej Emily. Nie poznamy jej – od pierwszej strony już nie żyje. A jednak ze strzępków wspomnień jej rodziców, znajomych, chłopaka, z zapisów w pamiętniku, wyłania się obraz bardzo ambitnej, zdolnej, ale też nieszczęśliwej dziewczyny. Jej rozterki, wątpliwości, wahania – to wszystko zostało odzwierciedlone bardzo wymownie, przekonująco. Emily to kolejna bohaterka literacka w moim typie – lubię takie złożone postaci, niedostępne, rozchwiane. Czy dziewczyna faktycznie mogła chcieć się zabić? Jej rodzice są przekonani, że nie byłaby do tego zdolna. Czy więc padła ofiarą swojego chłopaka? Czy ktoś, kto kocha, może zadać śmierć?

Przyznam, że początki były dla mnie trochę trudne, akcja się jakoś nie kleiła, dopiero z czasem nabrała werwy. Zawsze mam też problem z zagranicznymi imionami i nazwiskami, dlatego nie od razu mogłam połapać kto jest czyim mężem albo rodzicem, ale z czasem wszystko się wyklarowało. Jeszcze parę słów o okładce – jest klimatyczna i pasuje idealnie do tej książki. Ciasno splecione dłonie dwójki osób, tak ze sobą zżytych, że jakby wrośniętych w siebie. I horyzont – zamazany, niewyraźny. Jak ich losy, stanowiące wielką zagadkę. Bo choć autorka wyjaśni część szczegółów, niektóre pytania na zawsze pozostaną bez odpowiedzi…

Ocena: 5/6

poniedziałek, 12 marca 2012

Stosik wiosenny

Autor: Beata Szy dnia 18:01:00 25 komentarze
Ponieważ dawno już nie prezentowałam żadnych stosików, postanowiłam to nadrobić. Wszystkie książki widoczne na poniższym zdjęciu są efektem moich zakupów (różne promocje i allegro). Niektóre z nich, jak Picoult, czekają już na moim regale kilka dobrych tygodni, jeśli nie miesięcy, niektóre są świeże i przyszły wraz z dzisiejszą pocztą. Wpadłam ostatnio w jakiś nałóg zakupowy, i jego efekt widać na zdjęciu. To tylko te dotąd nieprzeczytane, inne nabytki systematycznie pojawiają się w recenzjach :)




Niektóre z tych książek czytałam już w przeszłości, i uznałam, że chciałabym koniecznie mieć je w swoim księgozbiorze. Tak jest w przypadku dwóch pozycji Kuczoka i książki "Dom z papieru" (polecam!). Oprócz tego pojawiają się tu 2 egzemplarze znanej chyba większości J. Picoult - jestem w trakcie czytania "Karuzeli uczuć". "Jarmark odmieńców" i "W zbawiennej próżni" to dla mnie przypadkowe niewiadome - zobaczę jak wypadną. "Ból kamieni" zakupiłam w promocji za jedyne 3zł, razem z książką Kuczoka, żeby jakoś rozłożyć koszty przesyłki :P Od dawna chciałam przeczytać coś Llosy, a w antykwariacie znalazłam jeszcze książkę o Harrym Potterze i "Dziewczynę z zapałkami", na którą również miałam ochotę już jakiś czas. Tak wyglądają więc moje plany na najbliższe dni ;)



Iiiiii, pochwalę się moim szczęściem... :) Wczoraj usłyszałam TO jedyne pytanie i oczywiście odpowiedziałam "TAK!"


:)

sobota, 10 marca 2012

Olga Tokarczuk: "Anna In w grobowcach świata"

Autor: Beata Szy dnia 12:21:00 11 komentarze


Autor: Olga Tokarczuk
Tytuł: "Anna In w grobowcach świata"
Wydawnictwo: Znak
Stron: 224



„Trzy dni czekam na wiadomość od niej pod bramą grobowców, ja, Nina Szubur, ja każda, która opowiadam. Całe trzy dni. Przykładam ucho do omszałej bramy, ale z tamtej strony cisza. Wstaje i odchodzę. Siadam na ziemi, patrzę na paznokcie, obgryzam skórki. Wyjadam ostatnie okruszki z kieszeni. Walizka popiskuje, obwąchuje każdy kamień, bawi się patykiem, ale powoli słabnie w niej życie bez dotyku Anny In, In Anny.”




„Anna In w grobowcach świata” Olgi Tokarczuk to powieść, która ukazała się w międzynarodowej serii MITY wydawnictwa Znak. Seria ta prezentuje dzieła najwybitniejszych współczesnych autorów, reinterpretujących opowieści w nowoczesny sposób. Olga Tokarczuk również zmierzyła się z ważnym dla siebie mitem – spisaną na tabliczkach klinowych, historią sumeryjskiej bogini Inanny, która zeszła do podziemnego świata zmierzyć się ze swoją siostra, boginią śmierci, i wróciła. Współcześnie motyw ten znamy z wielu innych mitów: do podziemi schodził Orfeusz, pragnący uratować ukochaną Eurydykę, zakochany Hades porwał tam Persefonę, a interwencja jej matki spowodowała cykliczne zwalnianie porwanej, tłumaczące zmienność pór roku. Bohaterów takich jest więcej: grecki Admet, skandynawski Hermod, asyryjsko-babilońska Isztar i wielu, wielu innych. Olga Tokarczuk przestudiowała te opowieści, wyodrębniła części wspólne i stwierdziła, że historia o Inannie to pramit, z którego wypączkowały kolejne. Postanowiła zrekonstruować historię bogini, uzupełniając wszystkie niewiadome, tak, aby pokazać owe zależności.

Pod dotykiem Anny In ożywają wszelkie przedmioty. Ona sama zaś, pchana jakąś dziwną koniecznością, wybiera się tam, gdzie króluje Śmierć. Odwiedza swoją siostrę, zstępuje do krainy zmarłych, miejsca z którego nie ma powrotu. Jej wierna służka, Nina Szubur, po trzech dniach wyrusza szukać pomocy. Udaje się do Ojców, jednak ci nie są zainteresowani okazaniem wsparcia. Zawodzą przyjaciele i kochankowie. Wreszcie przyjaciółka bogini udaje się do jej matki…

„Anna In w grobowcach świata’ jest książką, którą polecam przede wszystkim pasjonatom mitologii. Napisana jest w klimacie „Dopóki mamy twarze” Lewisa, książki, którą czytałam jakiś czas temu. Piękny, poetycki język, czerpanie z archetypów i drobiazgowo skonstruowany mityczny świat zapewnią czytelnikowi moc wrażeń. Tokarczuk, mimo iż stara się uwspółcześnić mit, zachowuje posmak starożytnej mentalności. Posiłkując się fragmentami, które przetrwały do dziś a także innymi utworami, w których pojawia się imię Inanny, starała się opowiedzieć jej historię na nowo. W posłowiu, które dostarcza wielu cennych informacji o założeniach autorki, jej pracy, a również o samych mitach, pisarka tłumaczy się ze swojej fascynacji boginią. Podkreśla analogie pomiędzy historią Inanny, a innymi mitami.

W tej płaszczyźnie ścierania się dwóch światów: przeszłego i współczesnego, kiełkuje uniwersalna opowieść o człowieku. Tokarczuk posiłkując się mitem, a więc pierwotnym rezerwuarem wiedzy o świecie, ukrytej w baśniowej scenerii, obnaża ludzkie lęki, dylematy, pokusy. Ożywia historię, powstałą cztery tysiące lat temu.

Ocena: 5/6

czwartek, 8 marca 2012

Stieg Larsson: "Zamek z piasku, który runął"

Autor: Beata Szy dnia 10:50:00 10 komentarze

Autor: Stieg Larsson
Tytuł: "Zamek z piasku, który runął"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 784







"- Ale dlaczego nie doniosła pani na policję o gwałcie ze szczególnym okrucieństwem, kiedy ma pani… tak przekonujący dowód?
- Nie rozmawiam z policją – odparła Lisbeth Salander beznamiętnie."




I stało się – właśnie zakończyłam swoją przygodę z „Millenium” Larssona.
Trzecia część trylogii jest kontynuacją zdarzeń, zapoczątkowanych w poprzednim tomie. Lisbeth przez większość czasu przebywa w zamknięciu – najpierw po ciężkich obrażeniach i skomplikowanej operacji zostaje zamknięta w szpitalnej sali, gdzie może odwiedzać ją tylko jej adwokat, następnie zostaje przeniesiona do aresztu, gdzie oczekuje na proces. Zarzuty wobec Salander są bardzo poważne, jednak jej przyjaciele zrobią wszystko, by uniewinnić dziewczynę, wykazać spisek, jakiemu padła w dzieciństwie, a także ujawnić wieloletnią działalność przestępczą organizacji zakamuflowanej w rządzie.

Muszę przyznać, że kolejny raz z niecierpliwością pochłaniałam strony, czekając na rozwiązanie, a jednocześnie chciałam jak najbardziej przedłużyć ten moment, mając świadomość, że już więcej nie będę mogła przeczytać książek tego utalentowanego, tragicznie zmarłego pisarza. Jeżeli chodzi o ostatnią część trylogii, to jest bardzo dynamiczna i przynosi wiele odpowiedzi. Większość akcji kręci się wokół zbierania materiałów na rozprawę sądową i do specjalnego wydania „Millenium”, także dużo tu prywatnych śledztw, researchu, spekulacji, kompletowania dokumentów, polityki i składania układanki z porozrzucanych w różnych miejscach puzzli. Ważne jest to, że w powieści wszystko się ze sobą zazębia, dopasowuje, tłumaczy. Autor naprawdę dopracował intrygę i stworzył kryminalny majstersztyk. Trzeba mieć zacięcie, by panować nad taką ilością szczegółów. I wreszcie – sama rozprawa sądowa, poprowadzona przez siostrę Mikaela. Coś niesamowitego, czyta się z ogromną satysfakcją.

Książka opowiada o bezprawiu, którego ofiarą w tym wypadku padła niewinna nastolatka. I konsekwencjach. Obnaża niesprawiedliwość, jakiej Lisbeth doznała ze strony państwa, które powinno ją chronić. Aspołeczność dziewczyny wynikła właśnie z tego – przez lata wszyscy, do których się kierowała ze swoim dramatem, lekceważyli ją. Policja, lekarze, rząd – tylko dlatego, że była córką chronionego klauzulą tajności szpiega. Teraz wreszcie prawda wychodzi na jaw, a Lisbeth może uzyskać zadośćuczynienia za krzywdy. Ponadto powieść wzorem zapoczątkowanego w pierwszej części problemu, nadal podkreśla jak wiele zła kobiety codziennie zaznają z rąk mężczyzn. Larsson napisał trylogię jakby ku pochwale kobiet – stworzył wyrazistą bohaterkę z ciętym językiem, która mimo przeciwności losu wychodzi na prostą, dając tym samym motywację wszystkim innym, cierpiącym, wykorzystywanym przedstawicielkom płci pięknej. To bardzo ważne, że owo zagadnienie zostało zaakcentowane z taką mocą. Po trzecie zaś, jest to historia przyjaźni, której nic nie może złamać.

Polecam cała serię.

Ocena: 5/6

czwartek, 1 marca 2012

Melissa Panerello: "Zapach twojego oddechu"

Autor: Beata Szy dnia 17:46:00 20 komentarze


Autor: Melissa Panerello
Tytuł: "Zapach twojego oddechu"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 152



Skusiła mnie przepiękna okładka. I promocyjna cena na jakimś stoisku – nabyłam tę książkę za jedyne 4 zł. Recenzje na skrzydełkach też niczego sobie – Melissa Panerello, młodziutka włoska pisarka, która zadebiutowała w 2002 r. skandalizującą powieścią „Sto pociągnięć szczoteczką przed snem”. 17-letnia wtedy autorka w owym pamiętniku zwierzyła się ze swojego wybujałego życia seksualnego, wstrząsając opinią publiczną. „Zapach twojego oddechu” jest jakby kontynuacją, a więc kolejnym autobiograficznym zapisem, bohaterki-Melissy, która po latach poszukiwań odnajduje w końcu swojego „księcia z bajki”.

Muszę przyznać, że rzadko trafiają się podobne książki. „Zapach twojego oddechu” przywiódł mi na myśl internetowy blog – spontaniczny opis często nie powiązanych ze sobą scen, myśli i skojarzenia zrozumiałe tylko przez autorkę, dla czytelnika stanowiące raczej zagadkę, odkrywanie najintymniejszych przeżyć bez cienia wstydu. Bohaterka, jaka wyłania nam się z tych fragmentarycznych opisów, to osoba obezwładniona przez różnego rodzaju zjawy i koszmary, chorobliwie zazdrosna i pełna obsesji. W jej wspomnieniach często pojawia się postać matki, do której zdaje się kierować swoje przemyślenia. Melissa jest osobą trudną, nieszczęśliwą, zagubioną. Książka zaś jest bardzo chaotyczna, migawkowa, brak tu spójnej fabuły czy - w zasadzie – jakiejkolwiek fabuły. Czyta się ją raczej ciężko, mimo niewielkiej objętości.

Podsumowując, muszę niestety stwierdzić, że straciłam czas zagłębiając się w tę książkę. Jest banalna i niczego nie wnosi. Przesycona mądrościami w stylu „Kocham cierpieć i dlatego muszę zadawać sobie ból”. Do mnie to nie trafia… Choć podobały mi się pewne momenty, całość wywołałą na mnie negatywne wrażenie. Nie czytałam pierwszej powieści tej pisarki, ale szczerze mówiąc, nie mam zamiaru nadrabiać zaległości. Panerello po prostu mnie rozczarowała…


Ocena: 2,5/6
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon