środa, 31 sierpnia 2011

Janusz L. Wiśniewski: "Bikini"

Autor: Beata Szy dnia 15:30:00 7 komentarze

Janusz. L. Wiśniewski to pisarz, który parę lat temu urzekł mnie swoją książką. Mowa oczywiście o „Samotności w Sieci”. Gdy ów bestseller na dobre zadomowił się w księgarniach wiele pań w każdym wieku wzdychało do idealnie wykreowanego Jakuba, mężczyzny o kobiecym sercu. Później czytałam jeszcze opowiadania tego autora i w nich również dało się rozpoznać charakterystyczny styl i wrażliwość pisarza. Przyszła więc kolej na kolejną powieść – „Bikini” i podsumowanie wrażeń.
Anna Maria jest antyfaszystowską Niemką, mieszkanką powojennego Drezna. Akcja książki zaczyna się w momencie, gdy druga wojna światowa właśnie dobiega końca, Amerykanie wyzwalają okupowane ziemie, a rodzinne miasto bohaterki zostaje zbombardowane i zrównane z ziemią. Szukając schronienia Anna stopniowo traci całą rodzinę, aż ostatecznie zostaje zupełnie sama. Jej dom nie istnieje, została po nim tylko spróchniała deska – wszystko, co Anna dotąd znała, rozsypuje się i znika. Dziewczyna obiektywem swojego ukochanego aparatu stara się uwiecznić zniszczenia wojny, mijanych ludzi, ból i stratę. Wtedy na jej drodze staje młodzieniec, który udziela jej schronienia w bunkrze wyłożonym trumnami. Młodzi spędzają razem trochę czasu, zbliżają się do siebie, ale niefortunny przypadek wkrótce ich rozdziela. Anna nie zna nawet imienia swojego towarzysza, gdyż najpierw nie chciała, by je zdradzał, a później jego krzyk został zagłuszony przez jazgot odjeżdżającego pociągu. Samotna dziewczyna postanawia schronić się u ciotki, swojej jedynej żyjącej krewnej.
Dotąd akcja książki skupia się wyłącznie na losach Niemki i osób, które w jakiś sposób zapisują się w jej biografię. Nagle jednak narracja robi przeskok – z upadającego Drezna do tętniącego życiem Nowego Jorku. Poznajemy tu Stanleya – przebojowego kobieciarza, fotografa „Times’a”. Redaktor naczelny pisma zleca mu nietypową misję – ma udać się do Niemiec i robić tam zdjęcia – udokumentować wszystko, uwiecznić ofiary wojny, zgliszcza, zniszczenia. Zerwany ze snu w środku nocy, oderwany od poznanej właśnie pięknej Doris, dziennikarz ubiera się, bierze najpotrzebniejsze rzeczy i udaje się na lotnisko. Zaczyna się przygoda, która wkrótce splecie losy tych dwojga, raz na zawsze odmieniając życie każdego z nich.
Wiśniewski w tej powieści pozostaje wciąż tym samym Wiśniewskim, który potrafi uwieść czytelnika, wzruszyć, zaciekawić, przywiązać. Książka przyciąga i czyta się ją z zapartym tchem, bardzo szybko, mimo iż to sporych rozmiarów tomisko. Powieść jest wielowątkowa, a uzyskano to dzięki trzecioosobowej narracji, która naprzemiennie porusza tropem pary bohaterów, zahaczając po drodze o życiorysy innych, drugoplanowych postaci, niemniej ciekawych. Wiśniewski potrafi wpleść w tekst główny wiele wątków pobocznych, za pomocą rozbudowanych opowieści bohaterów, rozmów, wspomnień. Niecodzienny jest też sposób zapisu tekstu. Kolejne rozdzialiki przywodzą na myśl dziennik podróży, dzięki oznaczaniu daty, pory dnia i miejsca pobytu bohaterów. Pogrubiona czcionka jest zapisem tego, co się aktualnie dzieje, zgodnie z nagłówkiem. Jednak pojawia się też zwykła, blada kursywa – to te fragmenty, które nie wpisują się bezpośrednio w teraźniejszość, ale na przykład są retrospekcjami bohaterów, opowieścią o ich przeszłości albo przyszłości, wspomnieniem tego, co minione, a dotąd nie zostało opisane. Taki podział urozmaica i wzbogaca lekturę. I to nie koniec niespodzianek – ponieważ pasja fotografii to coś, co połączyło Annę i Stanleya, złożono jej hołd w postaci autentycznych czarno-białych zdjęć, które możemy gdzieniegdzie odnaleźć, dokumentujących to, co w książce zostało zasygnalizowane.
Książka Wiśniewskiego dotyczy trudnego okresu powojennego, pokazując różne oblicza wojny i historie ludzi w nią uwikłanych. To kopalnia ciekawostek historycznych, źródło wielu cennych informacji, otoczonych spójną, wciągająca fabułą. Zazwyczaj nie sięgam po tego typu literaturę, unikam tematyki wojennej w książkach, bo po prostu jej nie lubię, ale tym razem nazwisko autora skłoniło mnie do lektury i nie żałuję. Główną bohaterką jest Niemka, musząca odnaleźć się w nowym kraju, gdzie jej narodowość kojarzy się od razu z tym, co najgorsze – z Hitlerem, reżimem, złem. Dziewczyna będzie musiała zaadoptować się w nowym miejscu i udowodnić, że nie można obciążać odpowiedzialnością za wojnę całego narodu. Ale w książce zarysowane są też inne, bardziej przyziemne problemy: trudne stosunki w rodzinie Satnleya, poszukiwanie miłości i zrozumienia, uwikłanie w historię, nietolerancja. Książka niby zupełnie inna, a jednak klimat „Samotności…” wciąż gdzieś pobrzmiewa i po cichu wypełnia jej strony. Można zarzucać autorowi, że jego powieści trącą banałem, że są przesłodzone i wyidealizowane, ale nie zmienia to faktu, że taka literatura powstaje, bo właśnie takie książki chcemy czytać. Ja polecam! :)             

czwartek, 25 sierpnia 2011

CLAMP: "Wish"

Autor: Beata Szy dnia 19:28:00 9 komentarze

                                       Czytacie mangę?
            Postanowiłam napisać dziś o serii, z którą miałam do czynienia już jakiś czas temu, zupełnie przez przypadek. Do niedawna nie wiedziałam jak żywy i barwny jest świat zapalonych mangowców, dopóki wskutek pewnego konkursu nie załapałam się na konwent. Potem przyszło małe i krótkie zainteresowanie tym zjawiskiem, gdyż na wgłębianie się w to wszystko nie miałabym po prostu czasu, ale owocem tej lapidarnej pasji było przeczytanie serii „Wish”.
            Pewnej rozgwieżdżonej nocy na ziemię spada „coś”. Niedługo potem wracający z pracy do domu chirurg Shuichiro Kudou ratuje z opałów maleńką istotkę. Okazuje się, że to anioł, Kohaku. Malec z wdzięczności pragnie spełnić jedno życzenie mężczyzny, jednak ten odmawia twierdząc, że ma wszystko, niczego mu nie potrzeba. Kohaku jest jednak nieustępliwy i w konsekwencji zamieszkuje razem z lekarzem, z zamiarem pomagania mu w codziennych sprawunkach. Okazuje się, że w ciągu dnia Kohaku ulega transformacji, przybierając inną, ludzką formę. Anioły są bezpłciowe, dlatego często bywa mylnie brany za piękną dziewczynę lub mężczyznę o kobiecych, delikatnych rysach twarzy. Nocami, gdy anioł nie może żywić się już energią słoneczną, kurczy się i przypomina wyglądem małego, tłustego bobasa. Wkrótce w domu zjawiają się kolejni goście, wysłannicy piekieł: Koryu w otoczeniu swoich kociaków. On, w przeciwieństwie do anioła, za dnia przypomina dziecko, a w nocy przybiera prawdziwą postać. Główną rozrywką Koryu jest dokuczanie niezgrabnemu Kohaku. Anioł ma do wykonania na Ziemi pewną misję, a mianowicie poszukuje zaginionego archanioła… Mieszkając z Shuichiro odsłania coraz więcej informacji o sobie, a także przywiązuje się do swojego pana…
            Czterotomowa, zamknięta seria „Wish” była póki co pierwszą i jedyną mangą, z którą miałam okazję się bliżej zapoznać. W Polsce seria została wydana przez wydawnictwo  J.P.Fantastica. Każdy tomik, w kolorowej obwolucie z wizerunkiem Kohaku, posiada pod spodem jeszcze szarą okładkę ze szkicami głównych bohaterów. Mangę czyta się niecodziennie jak na nasze realia, bowiem z zachowaniem japońskich zasad. Zaczynamy więc czytanie od końca książki, a dodatkowo czytając od prawej do lewej. Przez pierwsze kilka stron może to stanowić problem, ale w miarę lektury można szybko się przestawić i zagłębić w akcji, nawet nie zauważając różnicy. Parę pierwszych stron jest kolorowych, dalej mamy już czarno-biały druk na ładnym, białym papierze. Każdy tomik zaczyna się krótkim streszczeniem wydarzeń z poprzednich części serii. Rysunki są przepiękne, postacie przeważnie są szczupłe, wysokie i wielookie, piękne i słodkie, a tło jest bardzo zredukowane. Tekst w dymkach jest raczej wyraźny, czasem można mieć jednak problemy z odczytaniem np. treści zaklęć czy innych tekstów, umieszczonych w tle.  
            Fabuła koncentruje się wokół Kohaku, jednak w miarę rozwoju akcji pojawiają się nowe postacie i kolejne wątki. Bardzo interesujące są fragmenty o przeszłości Shuichiro, a także historia zagubionego archanioła. Seria zmierza ku odpowiedzi na pytanie: jakiego życzenia nie można spełnić samemu? Oczywiście dowiemy się tego na samym końcu.
            Manga jest zarówno pełna humoru, jak i porusza problemy poważne, trudne, bolesne. Czyta się ją jednym tchem i cała serię można „połknąć” w jeden, dwa dni. Niestety nie trafiło do mnie zakończenie… Według mnie seria mogła skończyć się kilkanaście stron szybciej, ale zafundowano nam nagły zwrot akcji i inny obrót wydarzeń. Mimo wszystko swoją małą przygodę z kulturą japońską uważam za ważną i znaczącą i mogę polecić „Wish” wszystkim, którzy pragną spróbować czegoś nowego, a w książce oprócz tekstu zwracają uwagę także na rysunki. Dobrze tez mieć pod ręką jakiegoś zapalonego fana mangi, tak jak w moim przypadku, który z zapałem objaśni wszelkie niejasności czy kontrowersje, a to z pewnością wzbogaci lekturę. 

środa, 24 sierpnia 2011

Maggie Stiefvater: "Drżenie"

Autor: Beata Szy dnia 14:45:00 7 komentarze
            

            Tak, tak, tak. Genialna, nietuzinkowa, oryginalna, zachwycająca. Dawno żadna książka nie wywołała we mnie tylu emocji, takiego poruszenia. Tak dobra, że musiałam swoją opinię wyjawić już we wstępie. O czym mowa? O „Drżeniu” Maggie Stiefvater, nowej powieści z gatunku paranormal romance, po którą koniecznie musi sięgnąć każdy fan tego nurtu, ale nie tylko.
            Stiefvater zadebiutowała powieścią fantastyczną „Lament”, barwnie obrazującą świat celtyckiej baśni, z entuzjazmem przyjętą przez krytykę. „Drżenie”, pierwsza część zaplanowanej trylogii, zostało wydane w USA już w 2009 roku, w Polsce pojawiło się dopiero teraz. To smutne, jednak najważniejsze, że w końcu i polscy czytelnicy mogą zagłębić się w niezwykły świat wykreowany przez pisarkę.
            Grace dorasta w domu na skraju lasu. W dzieciństwie ledwo uszła z życiem, gdy zamieszkujące okolicę wilki ściągnęły ją z huśtawki, zaciągnęły do lasu i zaatakowały. Dziewczynka pamięta jeszcze obraz watahy, raniącej, kąsającej i gryzącej jej ciało, krew mieszającą się ze śniegiem i potworny ból. Przeżyła, gdyż w jej obronie stanął jeden z wilków, o jasnożółtych oczach, które Grace bezwiednie zapamiętała. Odtąd każdej zimy dziewczyna wyczekuje powrotu swojego wilka, który na okres letni gdzieś przepada, obserwuje go z okna albo podchodzi bliżej. Mija sześć lat. Wilki stają się jej obsesją – razem z przyjaciółką, Olivią, często wybiera się do lasu, by fotografować te zwierzęta. Bezbłędnie odnajduje wśród nich przenikliwe żółte oczy, a jakaś nieznana siła pcha ją ku temu groźnemu zwierzęciu.
            Spokój miasteczka burzy śmierć jednego z uczniów szkoły, Jacka. Nikt nie ma wątpliwości, że za napaścią stoją wilki. Lokalni strażnicy postanawiają wybić zwierzęta. Grace, przerażona wizją śmierci swojego ulubieńca, bez namysłu rzuca się w ciemny las, by powstrzymać strzelców. Wędrując pośród mrocznych gąszczy natrafia na niecodzienne zjawisko – w śniegu, u jej stóp, leży ranny, nagi chłopak, a jego żółte oczy przywodzą na myśl spojrzenie wilka. To spojrzenie, piżmowy zapach i aura lasu nie pozostawiają wątpliwości – chłopak, który przedstawia się jako Sam, bez wątpienia jest wilkołakiem. Dziewczyna bez namysłu zabiera go do szpitala, a później do siebie. To początek fascynującej historii ich płomiennego romansu, jednak brzemiennego w skutki.
            Porównanie do „Zmierzchu” Stephenie Meyer narzuca się samo, zresztą zadbali o to sami wydawcy obwieszczając, że ”Jeśli podobał wam się Zmierzch, pokochacie też Drżenie”. Jest to jednak zestawienie nietrafione, gdyż powieść Stiefvater jest całkowicie inna i o niebo lepsza od swojej krewniaczki.
            Narracja książki jest dwubiegunowa, bowiem autorka wprowadziła w swój utwór dwóch  kompatybilnych, młodych narratorów: Grace i Sama. Poznajemy zatem świat i ich losy oczami obojga. Czasem opisują oni to samo wydarzenie, uzupełniając akcję o istotne ze swojego punktu widzenia wydarzenia, ale w głównej mierze relacjonują naprzemiennie kolejne sceny. Narracja pozwala na lepsze poznanie każdego z bohaterów, a także odsłania wiele faktów z ich przeszłości. Taki zabieg jest bardzo dobrym rozwiązaniem, który ubarwia książkę i umożliwia zbliżenie się do bohaterów.
            Z jednej strony mamy Grace – roztropną, pragmatyczną siedemnastolatkę, mającą hopla na punkcie wilków. To nie jedna z tych cnotliwych, zakompleksionych nastolatek, kapryszących na swój wygląd i uważających, że nie zasługują na miłość. Nie, Grace jest silna i twarda, nauczona radzić sobie sama, ale kiedy trzeba potrafi też być sentymentalna i czuła. Nie da się ukryć, że to ona gra w tym związku pierwsze skrzypce. Dziewczynka praktycznie wychowuje się sama, gdyż jej rodzice poświęcają się pracy, zapominając o jej istnieniu. Matka-artystka i ojciec-pracoholik większość czasu spędzają poza domem, a Grace sama musi dbać o zapełnienie wolnego czasu, przygotowanie posiłków czy odrobienie lekcji. Wydaje się, że taki stan rzeczy ma swoje plusy – dzięki temu może ona przetrzymywać Sama w swoim domu, ba, nawet spać z nim w jednym łóżku, ale chroniczny brak rodziców boli dziewczynę, która potrzebuje troski i uwagi.
            Świat z punktu widzenia Sama jest tym ciekawszy, że chłopak ulega przemianom. Gdy zbliża się zima, temperatura gwałtownie spada, zarażony w dzieciństwie chłopak zmienia się w wilka i dołącza do swojej watahy. Okres letni to dla niego czas wbicia się w ludzką skórę, możliwość poczucie się człowiekiem. Sam jest sympatycznym, inteligentnym chłopcem, który czyta poezję i gra na gitarze. Jest jednak kruchy jak szkło, wrażliwy na każdy podmuch wiatru, wciąż obawiający się o niekontrolowaną przemianę. Gdy staje się wilkiem, chłopak zatraca swoją tożsamość, zapomina o tym kim był. Ale nawet wtedy pamięta o Grace i czeka na nią, bowiem dziewczyna została ukąszona, a więc powinna przemienić się w wilka. Sam przeczuwa, że ma przed sobą ostatni rok metamorfoz, że po nim już na zawsze pozostanie w skórze zwierzęcia, a Grace jakimś nieznanym nawet jej sposobem posiadła antidotum na te przemiany…
            Nie da się ukryć, że głównym motorem napędowym powieści jest wzajemna fascynacja młodych bohaterów. Ich miłość jest jednocześnie słodka i gorzka, zmysłowa i bolesna, nie znająca granic. Ponieważ czekali na siebie sześć lat, a każdy dzień może być tym ostatnim, spędzają prawie każdą chwilę razem, zakochując się w sobie. O ile w „Zmierzchu” denerwował mnie wilkołak Edward-strażnik cnoty Belli, o tyle tutaj wreszcie coś się dzieje, młodzi aż kipią pożądaniem, nie mogąc bez siebie wytrzymać.
            Grace jednak mieszka z rodzicami i chodzi do liceum – nie można było pominąć tych wątków, dlatego dziewczyna czasem opuszcza swojego towarzysza i oddaje się takim obowiązkom jak pójście do szkoły czy odrobienie pracy domowej. W szkole obecny jest typowy podział na lepszych i gorszych uczniów, którego wyznacznikiem jest popularność. Dziewczyna ma też przyjaciółki – Rachel i Olivię, dzięki którym lepiej czuje się w murach szkoły. To ten czas, który Sam przeznacza na załatwianie swoich spraw, dzięki czemu dowiadujemy się więcej o świecie wilków i jego prawidłach.  
            Każdy z rozdziałów opatrzony jest też informacją o aktualnej temperaturze, co jest bardzo ważnym czynnikiem ze względu na transformacje Sama. Gdy skala niebezpiecznie się obniża, zaczynamy denerwować się razem z nim.  
            Książkę dosłownie się pochłania, jest napisana sprawnie i ciekawie. Dialogi są wiarygodne, dopasowane do charakteru bohaterów, a opisy w sam raz – ani nie rozwlekłe, ani nie minimalistyczne. Retrospekcje pozwalają odkryć wiele dramatów z życia bohaterów i ich oddziaływanie na teraźniejszość. Wszystko to razem sprawia, że jesteśmy blisko bohaterów, że mamy wrażenie jakby ta historia rozgrywała się gdzieś tu blisko, obok. Zatapiamy się w lekturze, kibicujemy tej międzygatunkowej miłości i nie raz ocieramy łzy wzruszenia. Pisarka perfekcyjnie dozuje nam emocje i wzruszenia, sprawiając, że jeszcze długo po lekturze nie można zapomnieć o jej uczestnikach. Bohaterowie są realistyczni, z krwi i kości, a my z przejęciem śledzimy ich losy. Może nie ma tu zbyt wiele akcji, jednak coś nie pozwala oderwać się od książki, przyciąga. Czyta się szybko i lekko, z wypiekami na twarzy.  
            Na uwagę zasługuje również okładka książki. Wilk w otoczeniu jasnego, śnieżnego krajobrazu, dziewczynka ukryta między drzewami i kontrastujące z tym tłem: krwistoczerwony parasol i czcionka tytułu książki. Barwa czerwieni może symbolizować tu miłość, cierpienie, krew, gorąco, a więc wszystkie te cechy, tak ważne dla fabuły całej powieści. Podobały mi się też wypukłe śnieżynki na okładce, dopełniające zimowy klimat.  
            Książka kończy się w idealnym momencie, zostawiając czytelnika ze łzami w oczach: ale czy będą to zły smutku, wzruszenia, szczęścia czy jeszcze czegoś innego – o tym może przekonać się każdy, kto sięgnie po lekturę. Dla fanów kontynuacji w tym momencie wyrasta nadzieja, że już wkrótce spotkają się ze swoimi ulubionymi bohaterami w dalszych częściach trylogii, a dla tych, którzy nie lubią otwartych cykli, jest to na pewno miła wiadomość – mogą spokojnie przeczytać książkę, gdyż odnosimy wrażenie, że stanowi ona kompletną całość.
          Osobiście stronię od fantastyki, a już zwłaszcza od paranormal romance, jednak „Drżenie” ma coś w sobie. Tutaj ważniejsi od fantastycznych stworzeń są ludzie, ich odczucia i pragnienia. To błyskotliwa powieść romantyczna, z elementami nadnaturalnymi, które jednak nie przysłaniają głównej prawdy: że jeśli się kogoś kocha, nie można bez niego żyć.  Polecam gorąco, a książka od tej chwili staje się jedną z moich ulubionych. I na koniec jeszcze jedna cenna informacja – powstaje już film na kanwie powieści. 
          
Książkę miałam możliwość przeczytać dzięki wygranej w konkursie serwisu nakanapie.pl

 

wtorek, 23 sierpnia 2011

Stosik

Autor: Beata Szy dnia 10:15:00 7 komentarze

Wczoraj spotkała mnie miła niespodzianka - przyszła paczka z nakanapie.pl z "Drżeniem", a więc na chwilę rzucam swój stosik w kąt i zabieram się za to :) Ktoś czytał?



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Agnieszka Topornicka: "Cała zawartość damskiej torebki"

Autor: Beata Szy dnia 16:18:00 15 komentarze

Agnieszka Topornicka to polska dziennikarka, która w swojej przeszłości spędziła dziesięć lat na emigracji, w USA, imając się tam różnych dorywczych prac. Po powrocie osiadła wraz z mężem i synem na wsi w Beskidzie Wyspowym. Informacje te są o tyle ważne, gdyż bohaterkę jej pierwszej powieści „Cała zawartość damskiej torebki”, wiele, oprócz wspólnego imienia, łączy z autorką.
Agnieszka mieszka w Gdyni, dzieląc przestronne mieszkanie ze swoim wieloletnim partnerem, Erykiem. Para przetrwała już wiele zawirowań, w tym piętrzące się zdrady mężczyzny i różne problemy finansowe, będące jego udziałem, ale z jakiejś nieznanej przyczyny bohaterka, choć sama przyznaje, że z Erykiem nic ją nie łączy, a ich wspólna przeszłość to tylko i wyłącznie przykre wspomnienia, mimo wszystko naiwnie wierzy w ten związek i pozwala mu trwać. Co ważne, Agnieszka spędziła kilka lat w Ameryce i nadal nie może przywyknąć do Polski, tęskniąc za tamtym życiem. Właściwie można zapytać: gdzie oni nie mieszkali?, gdyż przeprowadzki są domeną tej pary, zmieniają miejsce zamieszkania przynajmniej raz w roku. Wydaje się jednak, że w Gdyni osiedli już na stałe. On jest marynarzem, od czasu do czasu znikającym na kolejnych regatach, ona naucza języka angielskiego w prywatnej szkole i z sentymentem wspomina swoją emigracyjną przeszłość, klimat USA i przyjaciółki, które tam zostawiła. 
Powieść ma jednak traktować o romansie, a już na pierwszy rzut oka widać, że związek Agnieszki i Eryka namiętności jest pozbawiony. Po kolejnej ewidentnej zdradzie Agnieszka postanawia wreszcie wziąć sprawy w swoje ręce i rozstać się z ukochanym. Wtedy na horyzoncie pojawia się Ksawery – dawna licealna miłość. Mężczyzna wprawdzie z nienajlepszą reputacją, uwodziciel z dużym temperamentem, który jednak jest w trakcie nawracania się i chętnie by się z Agnieszką spotkał. Autorka głosi, że jej powieść to „opowieść o drugiej szansie, o dorastaniu do prawdziwej miłości i o sile, jaką daje – nawet w naszych sceptycznych czasach – wiara w drugiego człowieka. pod warunkiem, że ten człowiek ma chociaż minimalne poczucie humoru”. Zapowiadał się więc przyjemny i ekscytujący romans dwojga ludzi doświadczonych życiem, a więc dojrzałych i potrafiących docenić wartość uczucia. Książka głęboka, refleksyjna, momentami zabawna. Tak się zapowiadało, ale czy się udało?
Tuż po tym jak zaczęłam czytać „Całą zawartość…” postanowiłam zerknąć na recenzje tej książki. Z ubolewaniem muszę stwierdzić, że powinnam była zrobić to szybciej. Trzy czwarte zniechęcających komentarzy dało mi do myślenia, a najbardziej wymowne podsumowanie „Co to w ogóle jest?” było tym, co trafiło w sedno. Powieść Topornickiej bowiem nie spełnia oczekiwań, rozczarowuje, a nade wszystko jest ciężkostrawna. Miłosne perypetie Agnieszki, które rozgrywają się na 470 stronach, śmiało można by zawęzić do stu. Książka nie trzyma w napięciu, nie zatrzymuje, nie wciąga. Ale po kolei…     
    Główna bohaterka to neurotyczna zazdrośnica, pusta i zakompleksiona panna, której głównym paliwem życiowym są kawa i papierosy. Decyzję o rozstaniu z Erykiem podejmuje dopiero gdzieś w okolicach dwusetnej strony, choć jej partner notorycznie ją zdradza, upokarza i wykorzystuje, nie dając z siebie ani grama ciepła. Para żyje razem jak lokatorzy, nawet ze sobą nie sypiając, ale z jakiegoś powodu bohaterka, która nawet go nie kocha, nie potrafi podjąć żadnej decyzji. Gdy jednak odzywa się Ksawery (co to za imię, tak nawiasem mówiąc), w bohaterkę wstępuje siła, jednak, pomimo rozstania, jej eks jeszcze przez jakiś czas mieszka w ich wspólnym mieszkaniu. Ksawery z ideałem również ma niewiele wspólnego: rozwodzi się z żoną, którą zdradzał z częstotliwością dorównującą zdolnościom Eryka, a poza tym już kiedyś porzucił Agnieszkę. Jednak obietnica poprawy mydli jej oczy i Agnieszka jest gotowa zaprosić do siebie na weekend gościa z Krakowa. Spotkanie kończy się łóżkiem, mile spędzonymi chwilami w swoich objęciach, po czym po kilku dniach Ksawery-romantyk oświadcza, że kocha Agnieszkę (przez telefon, bo jakżeby inaczej). Od tej pory kochankowie dzwonią do siebie jakieś kilkanaście razy w ciągu dnia, wyznając sobie miłość mniej więcej na każdej stronie książki. Jest aż mdło od słodkości, a w planach drugie spotkanie. Trudno zaangażować się w tę historię, dać się jej ponieść. Bohaterowie u progu czterdziestki są mniej rozgarnięci niż nastolatki, co nie uwiarygodnia ich postaci. Poza tym finisz jest banalny i przewidywalny.
Oprócz głównego wątku, mamy w książce jeszcze rozbudowane wątki poboczne. Rozbudowane z takim zamysłem, że właściwie gdzieś zaciera się granica pomiędzy tym, co jest ważne, a tym, co mniej, i w rezultacie dostajemy zmieloną papkę różnych historyjek, z których nic nie wynika, niczego nie wnoszą, a tylko zapełniają kolejne strony tego tomiska. Agnieszka ma bowiem wielu zbzikowanych przyjaciół, a każdy z nich odrębną historię, którą oczywiście trzeba przemycić na karty powieści. Wszystkie te wstawki zdają się jednak zbędne. Nużące są też dialogi między bohaterami, zarówno między główną para zakochanych, jak i innymi postaciami – mdłe, wymuszone, rozwlekłe i monotonne, a przy tym w niczym nie przypominające normalnej rozmowy. Autorka z uwielbieniem wtapia w tekst różne językowe gierki, recenzje książek i filmów, a także angielskie słówka i zwroty, które wcale nie ubarwiają treści, wręcz przeciwnie. Im bliżej końca, tym częściej zaczynałam po prostu przerzucać strony, nawet nie zerknąwszy na nie, i niczego nie straciłam. Przez książkę po prostu trudno jest przejść, a styl, może początkowo oryginalny i zabawny, zaczyna coraz bardziej przeszkadzać.
Na koniec kilka perełek z torebki Topornickiej, obok których trudno przejść obojętnie. Agnieszka to fanka horoskopów, święcie wierząca w proroctwa wyczytane w czasopismach kobiecych. Rozmowy o obiedzie w domu rodzinnym bohaterki (co jest dobre, a co nie) mogą ciągnąć się przez kilka stron. Agnieszka ze swoją przyjaciółką Mary posługuje się jakąś dziwną, im dwóm znaną tylko gwarą, która zaciemnia tekst, a w dodatku brzmi nieestetycznie. Matka na wiadomość o planowanym spotkaniu z Ksawerym daje córce cenną lekcję „Tylko się z nim nie prześpij na pierwszym spotkaniu”. Ksawery - amant z brzuszkiem - potrafi śmiertelnie obrazić się na swoją ukochaną tylko dlatego, że gdy przyjechał, nie wyszła po niego przed blok. Poza tym zwraca się do niej uroczo, per „babo”. Ona sama jest chorobliwie zazdrosna, a jej domniemane czarne scenariusze przyprawiają o palpitacje serca. A poza tym od czasu do czasu jesteśmy raczeni niezbyt udanymi kawałami czy cytatami z książek i filmów.   
Podsumowując: nie polecam i radzę się trzymać od tej książki z daleka, chyba, ze ktoś nadal bardzo chce ją przeczytać – ale wtedy na własną odpowiedzialność. Szkoda zachodu i czasu, który bez wątpienia byłby straconym. No chyba, że ktoś trafi akurat na egzemplarz z gratisowym dodatkiem – ekologiczną torbą. Obecność takiej promocji mówi chyba sama za siebie…  
  

czwartek, 18 sierpnia 2011

Beata Ostrowicka: "Kraina Kolorów: księga nadziei", "Kraina Kolorów: księga intryg"

Autor: Beata Szy dnia 18:45:00 4 komentarze


            Beata Ostrowicka jest znaną, polską autorką książek dla dzieci i młodzieży. Będąc w podstawówce zetknęłam się z kilkoma jej pozycjami, w tym z serią „Kraina kolorów”. W skład tego cyklu weszły dwie powieści „Księga nadziei” i „Księga intryg”. Ostatni tom, wydany w 1999 roku, zawierał informację, że w przygotowaniu jest jeszcze trzecia, ostatnia część serii, ale z tego co wyszukałam, nie została ona jeszcze do dziś wydana. „Krainę kolorów” wyróżnia niecodzienny układ: wydarzenia opisane w części drugiej poprzedzają te, które poznajemy w części pierwszej, nie są więc chronologiczne. Stanowi ona dzięki temu ciekawe uzupełnienie, ale mimo wszystko książki warto czytać właśnie w taki, zaplanowany przez autorkę sposób, a nie odwrotnie, zgodnie z biegiem historii, gdyż dzięki temu lepiej rozumiemy wiele sytuacji.
            Tom pierwszy to historia Agaty, zwanej Gacią, która spędza wakacje u wujostwa na wsi. Nie jest z tego powodu zadowolona, zwłaszcza że irytuje ją syn krewnych, łobuz Grzesiek. Oboje dają sobie nieźle popalić, nie stroniąc od wyzwisk i knowań. Dziewczynka jednak szybko aklimatyzuje się w nowym miejscu i poznaje nowych przyjaciół Zosię-Amatę i Piotrka. Spędzając deszczowe dni na strychu opuszczonego domostwa, dzieci stają się świadkiem niesamowitych zdarzeń… Okazuje się, że wedle przepowiedni Agata ma wyzwolić ciemiężony lud Korolaków, magicznych stworków, zasiedlających Krainę Kolorów. Aby to uczynić, musi najpierw odzyskać pewną Księgę, a potem razem z nią udać się do nieznanej krainy i położyć ją w wyznaczonym miejscu. Oczywiście przyjaciele, a także wredny Grzesiek, wybierają się tam razem z nią, by wspólnie stawić czoło niebezpieczeństwu, a także zobaczyć ten malowniczy, czarodziejski zakątek.
            Drugi tom to wydarzenia poprzedzające, które doprowadziły do nieszczęsnej sytuacji Korolaków. Ukazują rządy poprzedniej królowej, a także dochodzenie do władzy kolejnej, zgubnej władczyni. W tym tomie poznajemy wiele nowych szczegółów związanych z krainą i jej mieszkańcami, a także losy innych Szaraków (Zachariasza i Janki), którzy przed Agatą i jej bandą również dostąpili zaszczytu odwiedzenia tego miejsca.
            Pamiętałam te książki z dzieciństwa i kojarzyłam, że bardzo mi się podobały, dlatego chciałam skontrastować swoją opinię i przeczytać je jeszcze raz, ku swojemu zaskoczeniu jednak… nie udało mi się. Dobrnęłam do sto dwudziestej strony pierwszego tomu i porzuciłam czytanie. Nie wiem czy jestem już za stara na takie książki, czy po prostu świat, moda, a z nią i literatura, tak bardzo się zmieniły przez te dziesięć lat. Biorąc pod uwagę, że moja młodsza siostra odłożyła lekturę po kilkunastu stronach, skłaniam się ku tej drugiej opcji.
            Zatem, dlaczego?
            Przede wszystkim - język powieści. Nieustające zdrobnienia i różne przydomki, którymi obdarowują się dzieci, są monotonne i wcale nie zabawne, wręcz odwrotnie. Mamy tu więc Agateczkę, Grzesinka, Detkę i Odmieńca, malutkie Biedronki i wiele, wiele innych, z moim ulubionym zwrotem „luby” na czele. Dialogi poszczególnych bohaterów również są mdłe i naiwne, oczywiście mamy na uwadze fakt, że to dzieci, ale jednak czuć w ich wypowiedziach jakiś archaizm, przez cały czas miałam wrażenie, że dzisiejsze dzieciaki tak się po prostu nie komunikują, a niektóre sytuacje były po prostu sztuczne. Opisy otoczenia, wnętrz pomieszczeń, a także wyglądu bohaterów są z kolei skąpe i nie rozbudzają wyobraźni. Nona i Achacy, wysłannicy z Krainy Kolorów, zostają scharakteryzowani bardzo pobieżnie, jako małe krasnoludki w podobnych strojach, a przecież było to pierwsze zetknięcie bohaterów z tymi ludkami i należało zatrzymać się tutaj dłużej. Tak samo miała się sytuacja po przeniesieniu się bohaterów do ich świata i poznawaniu okolicy. A magiczne słowa, które wypowiadały stworki, używając zaklęć, brzmiały jak dziecinne wyliczanki. Wstęp książki jest przydługi, dopiero około setnej strony dzieci dowiadują się o Krainie Kolorów, wcześniejsze wydarzenia to monotonne opisy początku wakacji i różnych figli. Narratorką w powieści jest Agata, ale czasem narracja przeskakuje na inne osoby: głos zostaje udzielony i Piotrkowi, i Amacie, a czasem mamy też narrację 3-osobową, która opisuje jakieś wydarzenia w Krainie.  
            Trudno mówić mi cokolwiek więcej, nie zapoznając się z resztą, a mając w pamięci tylko ogólny zarys fabuły. Pamiętam, że część druga wydawała mi się zawsze lepsza, i może jej styl bardziej skupiał czytelnika na akcji. Zastanawiam się jakie odczucia po tej lekturze miałoby dzisiejsze pokolenie dzieciaków w przedziale 10-14, bo to chyba głównie dla nich skierowana jest ta seria. Myślę, że takie bestsellery jak „Zmierzch” i mu pokrewne, skutecznie zmieniły dzisiejszą literaturę młodzieżową. „Kraina Kolorów” jest określana jako powieść fantasy, ale w zestawieniu z najnowszą fantastyką, wypada ona blado. Motywy bohaterów, ich zachowanie, oraz cała konstrukcja świata przedstawionego wydają mi się nieprzemyślane, niespójne i trochę infantylne. Dialogi między Korolakami o tym czy to już czas, czy jeszcze nie, co mówił Kamień, a czego nie, były drętwe i nic nie wnoszące. Czegoś tym książkom ewidentnie zabrakło (oryginalności, polotu, humoru?) i może dlatego do dziś nie powstał zaplanowany trzeci tom.
   

środa, 17 sierpnia 2011

Kolejny stos

Autor: Beata Szy dnia 16:09:00 5 komentarze
Po odrzuceniu paru niewypałów z poprzednich stosików, skompletowałam dziś nowy. Niestety mieszkam w maleńkiej wsi i tutejsza biblioteka jest bardzo skromna, prawie pozbawiona nowości, ale czasem uda sie wyłowić jakąś perełkę.


Mój stosik:


Od dołu:

J. L. Wiśniewski: "Bikini", autor mojej ukochanej "S@motności w Sieci"

S. Meyer: "Drugie życie Bree Tanner" - to wypożyczyła moja siostra, ale chyba też się skuszę z ciekawości. Mimo, że czytałam kiedyś całą sagę i nie żywię do niej cieplejszych uczuć, ale z kolei bardzo przypadł mi do gustu "Intruz", więc taka mała, lekka lektura chyba nie zaszkodzi.

G. Smeaton: "Po drugiej stronie lustra" - kryminały i sensacja to, obok fantastyki, kolejne gatunki, po które sięgam tylko sporadycznie, ale rozbroiła mnie okładka z lusterkiem, więc zobaczymy.

A. Topornicka "Cała zawartość damskiej torebki" - szykuje się przyjemne romansidło, chyba zacznę od tego.

C. Hiaasen: "Słodycz zemsty" - ciepła okładka z uśmiechniętym krokodylkiem, zobaczymy jaką intrygę kryje w środku.

Mam jeszcze zaległą jedną recenzję, a teraz czytanie. W większości obszerne te wydania, więc będę miała co robić ;)

I nie mogę się doczekać na przesyłkę z nakanapie.pl, gdyż pierwszy raz udało mi się tam coś wygrać ;)


Film: "Zła kobieta"

Autor: Beata Szy dnia 10:47:00 0 komentarze
             Praca w kinie miała to do siebie, że zawsze mogłam być na bieżąco z nowościami repertuarowymi, teraz jednak muszę przestawić się na okazjonalne wizyty w kinie. Jednak kiedy odwiedzam stare kąty, na szczęście zawsze znajdzie się ktoś, kto z uśmiechem podzieli się wejściówką. Tak było i w miniony weekend, gdy z kolegą wybraliśmy się na „Złą kobietę”.
            Tytułowa kontrowersyjna nauczycielka (Cameron Diaz) rzuca posadę dla bogatego męża, który może przecież zapewnić jej dobre, hulaszcze życie. Jednak gdy matka mężczyzny interweniuje, widząc niepokojący wzrost wydatków na koncie, sielanka kończy się szybkim rozwodem. Porzucona Elizabeth jest zmuszona wrócić do szkoły po wakacjach. Wrodzony spryt i opieszałość pozwalają jej jednak bezstresowo przejść przez codzienny rozkład zajęć: nauczycielka raczy swoje pociechy oglądaniem filmów zamiast omawiania lektur, a w tym czasie bezczelnie zażywa kolejne używki, przechowywane w swoim biurku. Omija wszelkie zebrania i dyżury, nie przejmując się konsekwencjami. Kiedy w szkole zjawia się młody, najwyraźniej majętny nauczyciel (Justin Timberlake), Elizabeth knuje intrygę, by go zdobyć. Na drodze staje jej inna, sumienna i pracowita nauczycielka, Amy (Lucy Punch), a w dodatku sympatyczny wuefista (Russell Gettis) ma ochotę skraść jej serce. Nauczycielka, która nie cofnie się przed niczym, by odnieść sukces, postanawia zafundować sobie operację powiększenia biustu, by zyskać parę punktów. Do tego jednak potrzebna jest niemała suma, a u niej przecież krucho z krasą… Elizabeth szybko znajduje rozwiązanie…
            Film „Zła kobieta” jest popisem aktorskim Cameron Diaz, która mimo upływu lat, wciąż zniewala i zachwyca męskie grono widzów, wzbudzając też sympatię damskiej części, bo czy nie każda z nas chciałaby być tak wyluzowana i pewna siebie, jak ona? Oprócz głównej roli Diaz, mamy tu paletę barwnych postaci. Jej były partner, wokalista Timberlake, świetnie radzi sobie przed kamerą, odgrywając rolę pedantycznego, miłego chłopca w na miarę skrojonym sweterku. Przystojniak w tej roli jest całkowicie aseksualny, a namiętne sceny łóżkowe przyprawiają o ataki śmiechu. Mamy tu też ekscentryczne grono pedagogiczne z dyrektorem mającym hopla na punkcie delfinów na czele, rudą nauczycielką, nieodparcie kojarząca się z małą wiewiórką i otyłą fanką Elizabeth, pragnącą jej dorównać, a także wiele, wiele innych. Oprócz tego dużo śmiechu, dobrej, lekkiej zabawy, bo komedia Jake Kasdana to naprawdę spora dawka humoru, pozwalająca na miłe spędzenie czasu. Polecam na długie, deszczowe dni.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Erlend Loe "Naiwny. Super"

Autor: Beata Szy dnia 17:48:00 3 komentarze


            „Naiwny. Super” to powieść norweskiego pisarza Erlenda Loe, idola młodego pokolenia, który w swoich książkach z dużym powodzeniem wyraża przekonania rodzimych dwudziestokilkulatków, zyskując dzięki temu miano twórcy kultowego. Z okładki książki dowiadujemy się ponadto, że pisarz jest doceniany również przez krytykę, co skłania do rzucenia przychylnym okiem na jego dorobek. Idąc tym tropem, postanowiłam sama zmierzyć się z książką Loe’go i ocenić jego talent.
            Bohaterem powieści jest dwudziestopięciolatek, który po niepowodzeniach w grze w krykieta, załamuje się. Sytuacja wręcz komiczna, ale przegrana z bratem niesie naprawdę poważne konsekwencje. Bohater postanawia wycofać się z dotychczasowego życia, rzucić studia, a zyskany czas wykorzystać na trywialne czynności, takie jak kopanie piłki czy wbijanie kolorowych kołków do deseczki – dosłownie, a nade wszystko: na myślenie. Wspomniana wyżej deseczka, z którą nasz bohater zdaje się nie rozstawać, umieszczona została również na okładce – to symbol spokoju i opanowania, pozwalający odnaleźć równowagę podczas rytmicznego uderzania młotkiem. Fabuła koncentruje się na kolejnych dniach z życia postaci, kiedy to przesiaduje on w domu swojego brata, opiekując się nim pod jego nieobecność, zaprzyjaźnia się z przedszkolakiem, odbiera faksy od swojego przyjaciela, meteorologa, a czasem kontaktuje się również ze swoim drugim, złym przyjacielem.
            Postawę bohatera wyróżnia bierność. Poświęcając dnie na rozważanie naukowych teorii o czasie i wszechświecie, z którymi zapoznaje się wertując książkę znalezioną u brata, zdaje się nie zauważać, jak sam swój cenny czas marnuje. Dwudziestopięciolatek nie robi nic konstruktywnego, zmagając się ze swoją depresją, zastanawiając się nad sensem istnienia i zadając sobie wiele filozoficznych pytań. Z zamiłowaniem tworzy listy rzeczy, które lubi, widział, ma lub chciałby mieć. Cechuje go ironia i  błyskotliwość, jest uważnym obserwatorem, a także ma wielkie serce - jednak mimo tego, jak dla mnie, nadal pozostaje znudzonym życiem chłopcem, który po prostu nie wie co ze sobą zrobić, zwykłym dzieciakiem.
            Styl Loe’go jest jasny i nad wyraz oszczędny, wręcz telegraficzny. Budowane przez niego zdania, często wręcz równoważniki zdań, są krótkie i wyrażają proste, podstawowe myśli. Autor nie bawi się metaforykę, styl powieści jest dosadny i jednoznaczny. Oczywiście, pod tym na pozór infantylnym językiem i niepozornymi tematami, rozstrzygają się fundamentalne prawdy, ale choć dowcip i ironia bohatera faktycznie mnie ujęły, powieść oceniam jako przeciętną. Brakowało mi fabuły, wydarzeń, akcji. Krótkie scenki z życia bohatera albo wspomnienia z okresu dzieciństwa nie zaspokajają tego defektu.
            Dodatkowo w książce można znaleźć liczne diagramy, skany stron albo notatek, opublikowane w oryginalnej wersji językowej, co utrudnia odbiór. Często w tekście występują też angielskie zwroty, listy, cytaty, które również nie zostały przetłumaczone na język polski – a uważam, że powinno się dokonać tłumaczenia chociażby w przypisie, gdyż nie każdy czytelnik biegle posługuje się tym językiem.
            Podsumowując, książka Loe’go jest opowieścią o młodym, zagubionym człowieku, zmagającym się z pytaniami bez odpowiedzi. Każdy dorastający człowiek prędzej czy później przechodzi w swoim życiu podobny okres, a bohater pokazuje nam swój sposób na wyjście z opresji. Książka pozwala na chwilę oderwać się od codzienności i pogrążyć się w dziecięcej naiwności, a czasem potrzeba tego każdemu z nas. Jednak powrót do normalności będzie szybki i bezbolesny, gdyż cała aura znika zaraz po przeczytaniu.    

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

@trament - elektroniczny magazyn literacki

Autor: Beata Szy dnia 22:05:00 6 komentarze
@trament - elektroniczny magazyn literacki, którego jestem inicjatorką i opiekunką

Do tej pory ukazały się dwa numery, które można pobrać >>tutaj<<
Obecnie do trzeciego numeru poszukujemy tekstów dotyczących pamięci, w tym recenzji dwóch książek (ewentualnie filmów), dotykających tego pojęcia. Wszystkich zainteresowanych zapraszam do nadsyłania materiałów na: beataszymura@gmail.com

Jak to się wszystko zaczęło, czyli kilka słów o powstaniu magazynu

Najpierw pojawił się pomysł na zrobienie czegoś, co pozwoliłoby połączyć własne pasje i marzenia z zainteresowaniami i możliwościami innych. Tak narodziła się pierwsza nieśmiała myśl o elektronicznej gazetce, która zrzeszałaby ludzi lubiących pisać, chcących podzielić się ze swoją twórczością z innymi w oryginalny sposób, dostępnej bezpłatnie do pobrania na stronach internetowych. Idea była taka, że zarówno debiutanci, próbujący się przebić ze swoim dorobkiem gdzieś dalej, ale także ludzie traktujący pisanie jako hobby, zajęcie na szare wieczory, przyjemność czy pasję, mogliby spróbować swoich sił tworząc niejako wspólnie coś ważnego. Ale żeby to osiągnąć, potrzebni byli ludzie. Wtedy zaczęłam mówić o swoim szalonym pomyśle głośniej, odwiedzając różne fora i portale i spotykając się z kontrastowym odbiorem – czasem słyszałam wypowiedzi pesymistyczne, ostrożne, powątpiewające, innym razem podbudowujące, zachęcające, mobilizujące. Wkrótce znalazłam cieplejsze miejsce wśród forumowiczów z portalu Publixo.com, w którym sama pisałam od jakiegoś czasu. Wspólnymi siłami wykoncypowaliśmy podstawowe szczegóły dotyczące pierwszego numeru: o tym, jak powinien wyglądać, co zawierać, jaką mieć objętość i w jaki sposób gromadzić teksty. Debaty nad nazwą dla magazynu trwały, aż w końcu wyłonił się on - @trament. Poprzez tę nazwę chcieliśmy podkreślić literacki charakter pisma, a także nawiązać do odległych czasów, kiedy kobiety nie miały prawa głosu i mogły posługiwać się wyłącznie symbolicznym „białym atramentem”, czyli niewidzialnym środkiem. W ten sposób pragniemy zaznaczyć, że każda osoba pragnąca pisać ma do tego prawo, a nasz magazyn oddaje w jej ręce skuteczną broń – pozwala się zaprezentować. Wydawnictwo My Book, patronujące serwisowi, wzięło nas pod swoje skrzydła i zapewniło pomoc techniczną. Nie pozostawało nic innego jak zacząć działać. Szybko zarysował się temat przewodni i pierwszy numer zaczął się wykluwać. Nie zaprzeczam, że była, jest i będzie to ciężka praca, za która zapłatą jest dla mnie tylko i wyłącznie zadowolenie i pozytywne opinie czytelników, radość i satysfakcja, ale myślę, że warto. Jako redaktor naczelna @tramentu wzięłam na siebie większość pracy i dzień w dzień poświęcam się korespondencji z autorami, gromadzeniu i poprawie tekstów, wyszukiwaniu tematów i inspiracji, a także składaniu wszystkiego w sensowną, ciekawą całość, ale efekty sprawiają, że zapomina się o nieprzespanych nocach i bólu oczu.

Magazyn @trament cechuje przede wszystkim otwartość: zachęcamy naszych czytelników do pisania i przesyłania swoich tekstów, dzięki czemu w kolejnych numerach mogą oni prezentować swoje utwory. Zamieszczamy utwory poetyckie i prozatorskie, wspieramy debiutujących autorów artykułami o ich powieściach, recenzujemy książki i filmy, obserwujemy i oceniamy. Zachęcamy do angażowania się w projekt, a przede wszystkim do czytania, bo @trament to przede wszystkim skupisko najróżniejszych ludzi, z których każdy ma coś istotnego do powiedzenia.

 

Tony Parsons: "Kroniki rodzinne"

Autor: Beata Szy dnia 14:37:00 0 komentarze

            Tony Parsons, brytyjski dziennikarz, znany między innymi z takich bestsellerów jak „Mężczyzna i chłopiec”, „Za moje dziecko” czy „Mężczyzna i żona”, wydał kolejną, entuzjastycznie przyjętą powieść: „Kroniki rodzinne”. Książka zgodnie z tytułem stanowi pewnego rodzaju kronikę z życia trzech sióstr, nierozerwalnie połączonych przeżytą w dzieciństwie traumą, ale zarazem indywidualnych, trzech silnych kobiet, które na co dzień dzielnie borykają się z osobistymi problemami.              
            Cat, Jessica i Megan dorastały w trudnej, aktorskiej rodzinie: ich rodzice byli cenieni przez świat filmu i co rusz zostawiali swoje pociechy z kolejnymi, obcymi opiekunkami, poświęcając się grze aktorskiej. Taki stan rzeczy nie mógł trwać długo – matka dziewczynek, znudzona, ale przede wszystkim zmęczona wychowaniem córek, pewnego dnia po prostu odeszła, porzucając dom i męża, mamiona światłem jupiterów. Odtąd trud wychowania sióstr spadł na najstarszą, Cat, gdyż ojciec, przygnębiony odejściem żony, z jeszcze większą zaciętością zaczął grywać w filmach, nie poświęcając dzieciom należytej uwagi. Takie doświadczenia musiały wpłynąć na dziewczynki i dać o sobie znać w ich dorosłym życiu…     
            Minęły lata, a trzy siostry wyrosły na niezależne, piękne kobiety. Cat, której dotąd przypadała rola opiekunki i głowy rodziny, wyrosła z przeświadczeniem, że nie chce mieć dzieci. Jej celem stało się swobodne, nieskrępowane życie, wolność i niezależność. Spotyka się z mężczyznami, zakłada związki, ale ani myśli się rozmnażać. Środkowa z sióstr, Jessica, ma wspaniałego męża, mieszka w stylowym domu, a do szczęścia potrzeba jej tylko dziecka. Wszystko wskazuje jednak na to, że najwyraźniej upragniony potomek nie jest im pisany, dlatego oboje tym zapalczywiej kontynuują dramatyczne starania o poczęcie dziecka. Siła ich determinacji może położyć się cieniem na tym związku. Najmłodsza z sióstr, Megan, pupilek i bystrzak, rozpoczyna właśnie staż w społecznej przychodni, gdy okazuje się, że zaszła w ciążę z przygodnie poznanym mężczyzną… Jej pierwszą myślą jest aborcja, gdyż nie zamierza rodzic dziecka, którego ojca nie kocha… Losy sióstr, tak różne a zarazem zbieżne, nieustannie się splatają i przenikają. Doświadczenia dzieciństwa wzmocniły ich więzy rodzinne, także siostry są dla siebie najlepszym wsparciem, idealnymi przyjaciółkami i powierniczkami. Jednak kolejne wydarzenia wkrótce wystawią ich więzi na ciężkie próby…
            Może się wydawać, że książka T. Parsonsa to lekka, kobieca lektura, idealna na wakacje, i bez wątpienia tak jest, ale nie do końca. Styl autora, sposób konstrukcji bohaterów i wielowątkowość sprawiają, że choć książkę czyta się szybko i z przyjemnością, dostrzegamy przemyślany kunszt jej konstrukcji. Nie jest to typowe puste czytadło, które można pochłonąć bez zbędnej refleksji, ale dobra, wyśmienita proza.
            Parsons odznacza się niebywałą wrażliwością, tworząc tak wiarygodne, przejmujące portrety kobiet. Jego bohaterki (jak i bohaterowie) to postacie wyraziste, z własną historią i hierarchią wartości. W powieści aż roi się od drugoplanowych wątków, które w ciekawy sposób uzupełniają główny tor narracji. Australijczyk, z którym Megan zachodzi w ciążę powraca, odsłaniając nam swoją perspektywę owej nocy, a także przymiarki do wcielenia się w rolę ojca. Brat męża Jessiki, całkowite przeciwieństwo ułożonego i wiernego Paula, wnosi ze sobą powiew męskiego testosteronu i nigdy niezaspokojonej żądzy, której nie temperuje nawet piękna żona i dziecko. Szefowa Cat, silna i ambitna kobieta, stanowiąca dla niej niezaprzeczalny autorytet, rozpacza po rozstaniu z partnerem. A ojciec sióstr, Jack, niezwykle dumny ze swoich pociech, może wreszcie pomyśleć o swoim życiu osobistym. Wszystkie te przewijające się w powieści poboczne postacie są niezwykle ważne dla całości, a ponadto urozmaicają książkę. Tytułowa kronika wciąż się rozrasta, w miarę jak zapełnia i rozbudowuje się życie sióstr, skupiając coraz to nowsze wątki i relacje.
            Książka, w której centrum jest rodzina, zwraca uwagę na jej rolę w życiu każdego człowieka: nieważne, czy dorastał on w pełnej, szczęśliwej atmosferze rodzinnej, czy wywodził się z rozbitej, niekompletnej, dysfunkcyjnej. Doświadczenia dzieciństwa wpływają na późniejsze życie na wiele sposobów, a powieść odkrywa przed czytelnikiem kilka z nich. Warto sobie zdać z tego sprawę i zastanowić się nad rolą rodziny we własnym życiu, i tym minionym, i przyszłym.          

czwartek, 11 sierpnia 2011

E.L. Doctorow: "Opowiadania z krainy szczęśliwości"

Autor: Beata Szy dnia 13:13:00 2 komentarze

             „Opowiadania z krainy szczęśliwości” E.L. Doctorowa zwiodły mnie niską ceną i  rekomendacjami z tyłu książki: zachwycający, mistrzowski, superwyrazisty zbiór, po który koniecznie trzeba sięgnąć. Tak tez zrobiłam i cóż… z trudem dobrnęłam do końca, kompletnie rozczarowana.
            Książka składa się z pięciu opowiadań: „Dom pośród równin”, „Wilson, syn”, „Życie Jolene”, „Walter John Harmon” i „Zwłoki dziecka w ogrodzie różanym”. Nie umiem nawet zdecydować, które z nich jest najlepsze, gdyż po prostu żadne nie przypadło mi do gustu. Każde z nich opowiada odrębną historię, skupia się na biografii jakiegoś bohatera, często niecodziennej, zadziwiającej, ale zaraz potem zostaje przerwane, jakby urwane, a niedopowiedzenia są tym, co kształtują tę prozę.
            Pierwsze opowiadanie to historia zamożnej kobiety i jej syna, którzy swoim sprytem i przebiegłością pomnażają majątek, eliminując kolejnych naiwnych mężczyzn, stających na ich drodze. Drugie to dzieje noworodka, porwanego przez chorą umysłowo dziewczynę głównego bohatera, który uciekając przed odpowiedzialnością, zdaje się tracić rozum równie szybko jak ona.
            Jolene, ujawniająca się w kolejnym opowiadaniu, to dziewczyna obciążona trudnym dzieciństwem, która wychodząc z domu i starając się wieść normalne życie, co rusz popada w kłopoty, wiążąc się z nieodpowiednimi mężczyznami. 
Tytułowy Walter John Harmon, wokół którego układa się akcja czwartego opowiadania, to przywódca religijnej sekty, zrzeszający wokół siebie naiwne, bezwzględnie zapatrzone w niego rodziny. Członkowie wspólnoty budują zamknięte osiedle, w którym żyją, wyzbywając się swojego majątku. Opowiadanie pokazuje, jak działa umysł zniewolonego człowieka, opętanego wizją fałszywego proroka. 
Wreszcie ostatnie opowiadanie – akcja śledcza, mająca na celu ustalenie kto i w jakim celu pozostawił w prezydenckim ogrodzie zwłoki małego chłopca. Atak terrorystyczny? A może amatorska groźba? Wyjaśnieniem zagadki zajmie się agent specjalny Molloy.
Książkę czyta się szybko, ma jasny styl, jednak irytowało mnie wplecenie dialogów w tekst, brak prawidłowego ich oznaczania. Nie utrudniało to bardzo lektury, ale nie sprawiało też dobrego wrażenia. Jak dla mnie jednak całość mało interesująca, nie polecam.    
Tym, co łączy cykl, jest rzekomo determinacja bohaterów, którzy idą przez życie, żądni sukcesu i szczęścia. Można się z tym zgodzić, ale ironiczny wydźwięk tomu pokazuje, jak dalecy od celu są wciąż obecne na kartach książki postacie i jak trudno urzeczywistnić marzenia.

środa, 10 sierpnia 2011

Yann Martel: "Ja"

Autor: Beata Szy dnia 23:22:00 0 komentarze

            Jakiś czas zabierałam się do tej recenzji, ponieważ mój komputer odmówił posłuszeństwa, zainfekowany virusami, ale już wracam i spokojnie mogę napisać o powieści „Ja” Y. Martela.


            Z Y. Martelem spotkałam się kilka lat temu za sprawą jego głośnej książki „Życie Pi”. Opowieść o dryfującym w szalupie młodym chłopaku, w towarzystwie zebry ze złamaną nogą, orangutana i przede wszystkim potężnego tygrysa bengalskiego, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Gdy więc znalazłam w bibliotece powieść „Ja”, wzbogaconą rzucającym się w oczy hasłem, że mam do czynienia z innym dziełem tego samego autora, stwierdziłam, że warto zaryzykować. Znajdujące się na obwolucie pochlebne fragmenty recenzji tylko zapewniły mnie o słuszności tej decyzji. Co prawda nie bardzo wiedziałam, o czym może być książka – streszczenie było bardzo niejasne. Szybko więc zabrałam się do lektury.
            Jedno jest pewne: bardzo trudno określić, przyporządkować, wyłuskać jednoznaczny opis książki Martela. Co prawda nie mamy wątpliwości, że to biografia równolatka samego autora, pisarza i zarazem podróżnika, posługującego się językiem angielskim i francuskim, ale biografia fikcyjna. Powieść jest zapisem procesu jego dojrzewania, przeżyć, rozterek, przygód i związków, słowem: przeobrażania się młodego chłopca w mężczyznę. Ale gdy wchodzimy w książkę głębiej, gdy dajemy się ponieść fabule, okazuje się, że nic nie jest tak klarowne, jak nam się początkowo wydawało.
            Główny bohater, syn dyplomatów, bardzo wcześnie zostaje osierocony. W spadku po rodzicach dostaje jednak okrągłą sumkę, która zapewnia mu dalsze bezstresowe życie. Chłopak wybiera sobie szkołę, zaczyna się uczyć, a wakacje spędza podróżując niemal po całym świecie. Młodzieniec jest samodzielny i inteligentny, a przede wszystkim ma niezwykle rozbudowaną wyobraźnię. Jego teorie, sposób patrzenia na świat – urzekają, fascynują, są niepowtarzalne. Obserwujemy świat jego oczami, dokonujemy dzięki niemu zdumiewających odkryć i możemy na własnej skórze odczuć jak wiele cudu i mistycyzmu kryje pozornie szara rzeczywistość.
            Nastolatek jednak szybko odkrywa drugą stronę świata: brutalność i zło. Wychowując się w szkole, gdzie na porządku dziennym jest znęcanie się nad słabszymi uczniami, na co nauczyciele dają wolną rękę, sam bezwolnie ulega i zaczyna stawać się taki, jak reszta. W którymś momencie dojrzewające ciało młodego człowieka nie wytrzymuje panującego wokół okrucieństwa: dochodzi do zadziwiającego zwrotu akcji. Ciało bohatera ulega transformacji, a on sam z dnia na dzień najzwyczajniej w świecie staje się kobietą… Odtąd narracja prowadzona jest w rodzaju żeńskim, a metamorfoza, niemożliwa z punktu widzenia biologii, po prostu następuje, bez żadnego komentarza ze strony medycyny czy psychologii.
            Martel wykreował bohatera-hybrydę, któremu obce jest pojęcie płci: żongluje nim, wybierając opcje według własnego uznania. W pewnym punkcie po prostu porzucamy bohatera-mężczyznę, by zanurzyć się w świecie kobiecym, delikatniejszym niż ten męski, ale przez to niezwykle kruchym… Czy jednak przywdzieje tę formę na stałe?
            Styl Martela jest gęsty od piętrzących się wyszukanych metafor i porównań. Zdania, które tworzy, czyta się z niezwykła przyjemnością. Wydaje się, że jego inwencji twórczej nic nie jest w stanie ograniczyć, że autor łamie wszelkie językowe tabu, żonglując słowami wedle swojego widzimisię. Jedynym, co może razić, jest obecność wielu wulgaryzmów i tematów krępujących, wstydliwych, czy wręcz wstrętnych: pisarz nie boi się wprowadzać w tekst ludzkich czynności fizjologicznych, śmiało pisać o wydalaniu, a nade wszystko: o seksie. Książka ta nieustannie traktuje o tym fizycznym akcie: bohater/ka przeżywa w swoim życiu wiele romansów, homo- i heteroseksualnych, choć z racji niecodziennych przeobrażeń płci, trudno tu mówić o jakichkolwiek preferencjach seksualnych. Już pierwsze zdania książki bulwersują i gdybym nie znała dorobku autora, pewnie odłożyłabym ją z niesmakiem. Wszystkie jednak zabiegi mają swój cel, a autor sam stara się je tłumaczyć, w wywodach swojego bohatera.
            Bardzo podziałał na mnie układ książki. Składa się ona z dwóch rozdziałów, przy czym pierwszy liczy 347 stron (w moim wydaniu), a drugi zawiera dokładnie siedem krótkich, informacyjnych zdań na temat wieku, wagi, wyglądu i narodowości bohatera. Uzmysłowiło mi to powierzchowność oceny ludzkiej, fakt, że sami siebie nawzajem nie znamy, że w życiu spotykamy miliony ludzi, ale większość z nich to dla nas suche, podstawowe dane. Bohater Martela przedstawił się czytelnikowi na dwa sposoby: w pierwszym starał się przekazać całego siebie, jak najwierniej i najszczerzej, oddać cały swój światopogląd i charakter, w drugim zamknął to wszystko w szarej etykiecie, nieodznaczającej się na tle innych, podobnych.
            Końcowe sceny – coś, co mną wstrząsnęło i uzasadniło finał książki. Niezwykle poruszające.
            I jeszcze jedno: sympatyczny cytat o oczach. Czasem wydaje mi się, że dla niego samego warto było przeczytać tę książkę. Nasz mały bohater, oglądając program przyrodniczy o rybach, żyjących w morzu, zestawia słoną, morską wodę ze smakiem ludzkich łez. W wyniku tego porównania dochodzi do wniosku, że rybki żyją w naszych oczach, najobficiej w niebieskich i zielonych tęczówkach. Idąc dalej tym tropem, chłopak doszedł do wniosku, że rybki są niewidoczne, ponieważ przez większość czasu się ukrywają, ale z racji tego, że ich pokarmem jest miłość, w kulminacyjnych momentach oczy zakochanych wypełniają się maleńkimi, radosnymi rybkami. Nasza hybryda doznaje tego uczucia, zalana ławicą rybek, gdy odnajduje swoją pierwszą miłość…
            Myślę, że nie jest to książka dla każdego i nie zdziwię się, gdy ktoś po jej lekturze poczuje niezadowolenie, albo odłoży ją po kilkunastu stronach, stwierdzając, że „tego nie da się czytać”. Powieść „Ja” bez wątpienia nie należy do łatwych i przyjemnych w odbiorze, ale jednocześnie nie da się obok niej przejść obojętnie i to jej największy atut.



            A na koniec jeszcze co do moich stosików: ostatecznie wyrzuciłam z pozycji do przeczytania „Za krawędzią nocy” i „Żonę pilota”, gdyż po kilku stornach stwierdziłam, że nie uda mi się przez to przebrnąć, trąci banałem. Mam jeszcze jedną recenzję do napisania a poza tym – czytam dalej ;)
                 

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Harry Potter i Insygnia Śmierci cz. 2

Autor: Beata Szy dnia 18:15:00 3 komentarze


            Długo zastanawiałam się nad obecnością tej recenzji na blogu, wszak minęło już parę tygodni odkąd ostatnia część „Harry’ego Pottera” weszła do kin, jednak ostatecznie uległam i chciałam podzielić się swoimi refleksjami na temat tego kultowego dzieła.
            Seria o Harrym Potterze to książki, na których dorastałam, a później pojawiły się filmy. Mimo wielu niedoróbek, potknięć czy początkowo wręcz sztucznej gry głównej trójki aktorów, wyznawałam zawsze zasadę, że „Harry to Harry” i bez względu na to, jaki by nie był – będzie mi się podobał, z sentymentu. Wyrobiłam sobie nawyk chodzenia do kina na każdą z ekranizacji i z napięciem śledziłam wizję reżysera na temat mojej, co tu ukrywać, ulubionej serii. To zrozumiałe, że NIGDY nie uda się w pełni przenieść na ekran wizji autora, że pewne drugorzędne wątki zostają pominięte w natłoku innych, koniecznych dla zrozumienia, że książka i film to zawsze będą dwa odrębne istnienia, co prawda połączone jakąś wspólną fabułą, ale równocześnie niezależne od siebie. To wszystko można odnieść do serii filmów o Harrym, z których każdy kolejny wnosił jakieś nowe wątki, smaczki, czy też pomijał niektóre elementy, ku uciesze bądź zgorszeniu oddanych fanów. Nigdy nie rozumiałam tych dyskusji w stylu „Dlaczego wycięto tamto?”. „Nie wspomniano o tym”, „To wcale nie było tak”, ponieważ logiczne były dla mnie wszelkie uproszczenia. Ale dość już o oczywistościach, pora przejść do sedna.
            Finał opowieści o małym czarodzieju trafił do kin w technologii 3D. To była pierwsza okoliczność, która podzieliła fanów. Nie od dziś wiadomo, że kinowe wersje filmów w 3D niewiele z imponującymi efektami mają wspólnego, że raczej chodzi o wrażenie głębi ekranu, niż wyskakujące z niego postacie czy przedmioty. Było, nie było, fani stroniący od niewygodnych okularów 3D musieli to jakoś przełknąć, gdyż analogowa wersja trafiła, z tego co mi wiadomo, tylko do niewielu małych kin. Kolejna kwestia to dubbing vs. napisy – tu na szczęście widzowie mieli pełne pole do popisu, gdyż umożliwiono im wybór. Osobiście miałam możliwość porównania obu wersji i w dalszym ciągu nie jestem pewna ku której się przychylam. Co prawda dubbing nie zawsze był dopasowany – przykładem tegoż jest sam Voldemort, którzy skrzeczy zabawnym głosikiem i różne dziwne konstrukcje, uzależnione od ruchu warg aktorów, mimo wszystko nietrafione („Chłopiec, który niegdyś przeżył” z niepotrzebnym wtrąceniem, które mi przeszkadzało, czy „Tylko ja mogę żyć do końca świata” zamiast „wiecznie”, z jaką to wersją oswoił mnie trailer i inne) – ale myślę, że ma on też swoje plusy – w końcu skupiając się na napisach wiele traci się z obrazu, który w filmach 3D powinien być priorytetem. Zawsze w tych momentach zazdroszczę ludziom, posługującym się biegle angielskim ;)
            Ostatnia część „Pottera” a właściwie część druga ostatniej części, odpowiada na nagromadzone wcześniej pytania, rozstrzyga ostatecznie spór Dobra ze Złem i niepodważalnie zamyka całą serię. Fakt podzielenia fabuły książki na dwie części filmu nieco irytował, zwłaszcza, że część pierwsza momentami była nudna, zakończyła się w beznadziejnym momencie, jakby zawieszona w próżni i wymuszała jak najszybszą kontynuację, ale z drugiej strony trudno byłoby umieścić w jednym filmie wszystkie potrzebne wydarzenia, czego dowodzi sam fakt, że ostatnia część trwa ponad dwie godziny.
            Aktorzy, którzy zaczynali swoją przygodę z magiczną sagą, dorośli i przeszli metamorfozę. Daniel Radcliffe, Emma Watson i Rupert Grint zdążyli przez ten czas podreperować warsztat, wczuć się w rolę i uwiarygodnić ją. Wspominając pierwsze części i przywołując obraz trójki słodkich dzieciaków aż trudno uwierzyć, że ci młodzi, dorośli już aktorzy, to właśnie oni. Ponadto w ostatniej części bez wątpienia bryluje Severus Snape, ujawniając swoje prawdziwe „ja”. Nie obywa się tu także bez śmierci sympatycznych bohaterów, bliższych i dalszych Harry’emu, oddających życie w imię dobra. Wszyscy zżyliśmy się z tymi kreacjami i trudno uwierzyć w to, że to rzeczywiście koniec, jak głosi hasło reklamowe filmu.
            Akcja filmu jest wartka, efekty specjalne bardzo dobre – zwłaszcza sceny w Banku Gringotta, widok spustoszenia, jaki sieje Szatańska Pożoga czy ostateczna walka w Hogwarcie. Trochę irytował mnie finałowy pojedynek Harry’ego z Voldemortem oraz sama osoba tego ostatniego – potężny czarnoksiężnik zła, który w filmie tylko śmieje się niepewnie, skrzeczy i zachowuje się jakby nie wiedział, co ma robić. Podczas pojedynku Voldemort boksuje Harry’ego, jakby zapomniał o swojej mocy, a końcowa scena czołgania się ku różdżkom również wyprowadzała z równowagi – wystarczyło przecież zawołać: Accio różdżka! Jeszcze jedna scena wywołała u mnie salwę śmiechu: „19 lat później”. Postacie są tam przedstawione wprost komicznie, charakteryzacja nie sprostała: trudno uwierzyć, że uśmiechający się do nas z ekranu bohaterowie dobiegają czterdziestki i odprowadzają na dworzec własne dzieci. Miło jednak, że ten wątek nie został pominięty i znalazł swoje odbicie w filmie.  
            Harry Potter i Insygnia Śmierci cz. 2 to film, którego żaden fan Rowling nie może przepuścić. Tłumy, jakie przybyły na niego do kina, już w samą premierę nocną, świadczą same za siebie. Kończy się jakaś era, era Pottera, na którym wielu z nas dorastało, w którym zaczytywaliśmy się, odkrywając magię książek. Trudno opisać wszystkie uczucia związane z lekturą, poszczególnymi bohaterami, całością. Rowling stworzyła niesamowity świat, który być może u wielu zapoczątkował modę na czytanie, a teraz jedyną obroną przed faktycznym „końcem” jest sięgnięcie od nowa po któryś z siedmiu tomów…

Gro Rosth: "Kim byłeś? Requiem dla dziecka"

Autor: Beata Szy dnia 13:28:00 2 komentarze
            Wracam po krótkiej nieobecności spowodowanej wyjazdem weekendowym i małym „remontem” pokoju. Mam w planach dziś dwie notki, pierwsza to oczywiście recenzja.

            Właściwie trudno mi oceniać książkę „Kim byłeś? Requiem dla dziecka”, autorstwa Gro Rosth, ze względu na jej specyfikę. Ta niewielka powieść, wchodząca w skład cyklu „Oblicza życia” jest autentyczną historią, opartą na notatkach z dziennika Tone Bergstrom. Już konfrontując tytuł książki z okładką, przedstawiającą niemowlaka w objęciach matki, a także po zauważeniu informacji o oddziale wcześniaków, również zamieszczonej na wstępie, możemy domyślić się przebiegu i puenty historii. Niemniej jednak, jako fanka powieści obyczajowych, zagłębiłam się w lekturę, wartką i zarazem refleksyjną, obciążoną jednak niełatwym tematem.
            Ole Morten to pierworodny syn Tone i Rogera, który przychodzi na świat dwa miesiące przed terminem. Matka nie może nawet od razu zobaczyć swojego syna: gdy budzi się po zabiegu, dziecko znajduje się już w inkubatorze, podłączone do różnych urządzeń, podtrzymujących oddech i inne funkcje życiowe. Dla Tone zaczyna się wtedy najtrudniejszy czas: otoczona na sali innymi, szczęśliwymi matkami, nie wie dlaczego dla niej los nie był równie łaskawy. Boi się, płacze, nie wie, co robić, bezradność ją paraliżuje. Początkowo nawet nie może odwiedzić oddalonego oddziału wcześniaków, na którym leży jej syn. Jako rekompensatę od personelu dostaje garść jego pierwszych zdjęć – nie chce ich jednak oglądać, krztusi się łzami i trudno jej uwierzyć, że ma dziecko, skoro nawet nie może go przytulić i nakarmić. Dopiero, gdy odwiedza ją mąż, mogą wspólnie pójść zobaczyć małego.
            Pierwsze spotkanie matki z synem nie jest łatwe: widok maleńkiego ciałka, w które powtykano różne rurki i kable, jest wstrząsający. Stopniowo jednak rodzice będą musieli oswoić się z tym widokiem, gdyż ta sytuacja potrwa jeszcze jakiś czas. Wytchnienie w tych trudnych momentach daje możliwość pogłaskania Olego po plecach, dzięki otworowi w inkubatorze, a później kolejne małe osiągnięcia: pierwsze wzięcie małego na ręce, spacer po szpitalu, specjalny pokoik, w którym rodzice będą mogli pozostać przy synu nawet w nocy. Przed nimi trudna walka, ale wszystkie przejścia tylko potęgują miłość do dziecka.   
            Ponieważ książka powstała na kanwie autentycznych wydarzeń, podczas lektury cały czas mamy nieodparte wrażenie, że podobne historie rozgrywają się gdzieś stale obok nas i nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile cierpienia spada na barki rodziców, z przerażeniem walczących o kolejne dni życia dla swojego dziecka. Narratorką opowieści jest Tone, matka Olego, która w pierwszym wpisie swojego dziennika objawia nam się jako matka, która straciła dziecko i teraz, by się z tym uporać, postanawia spisać całą historię. Taki proces jest dla niej rodzajem terapii, lekiem uśmierzającym ból. Dzięki temu może zaakcentować, że choć maleńki Ole odszedł, pamięć o nim jest wciąż żywa. Książka to rodzaj dokumentacji pięciu miesięcy z życia dziecka, chwil uniesień i grozy. Matka, najbardziej przeżywająca całe to zajście, jest też osobą, która potrafi przedstawić sytuację w sposób najwierniejszy, najbliższy prawdy. To nie sucha, informacyjna notatka, ale emocjonalny zapis uczuć i stanów, wiążących się z macierzyństwem.
            Książka jest niełatwa w odbiorze, obciążona piętnem zakończenia, które jak bardzo by się chciało – nie może ulec zmianie. Bezwiednie zaprzyjaźniamy się z bohaterami, przywiązujemy do małego chłopca i kibicujemy mu w walce o życie, a jednak od początku znamy zakończenie jego biografii i zdajemy sobie sprawę z nieuchronności wyroku. Mimo to lektura „Kim byłeś?” wiele uświadamia człowiekowi, między innymi to jak cenne jest ludzkie życie i jak silna jest więź na linii rodzice-dziecko. Książka w pewien sposób może być pociechą dla rodzin, które doznały podobnego dramatu: jednoczenie się w bólu daje wszak swoistego rodzaju ukojenie, wrażenie zrozumienia. Możemy również zaobserwować jak krótki żywot malca wpłynął na dalsze dzieje jego rodziny, jakie wywarł na niej wrażenie i konsekwencje.
            Książka G. Rosth nie jest łatwa w odbiorze i na pewno nie jest przeznaczona dla każdego czytelnika: sięgając po nią trzeba nastawić się na melancholię, boleść i żal. Jednak po uporaniu się z brzemieniem tematu, czytelnik może zanurzyć się w lekturze, znajdując w niej wiele interesujących kwestii, wzruszeń, a także, wbrew pozorom, jasnych promyków nadziei. Trudno było mi znaleźć w Internecie jakieś informacje na temat książki, świadczy to o tym, jak mało jest znana, a szkoda, ponieważ jej lekturę porównałabym np.      
do „Oskara i pani Róży” Érica-Emmanuela Schmitt’a. Wobec tego, jeśli ktoś z was zetknie się z ową lekturą w jakiejś bibliotece, podobnie jak ja, zachęcam do sięgnięcia po nią.          

środa, 3 sierpnia 2011

Walker Hamilton: „Biedne zwierzaki”

Autor: Beata Szy dnia 12:35:00 5 komentarze
     Niewielkich rozmiarów powieść W. Hamiltona, będąca jego debiutem, ma w sobie coś. To kolejna, z którą spotykam się w ostatnim czasie, opowieść pisana z perspektywy upośledzonego umysłowo bohatera. Bobby ma trzydzieści jeden lat, ale czytając książkę mamy nieodparte wrażenie, że to góra dwunastolatek, co potęguje tylko sposób, w jaki zwraca się do niego jego towarzysz, mały pan, nazwiskiem Summers, a mianowicie zwrot; „chłopcze”. Bobby po śmierci matki wiedzie smutne życie w zamknięciu, pod rządami ojczyma, Grubasa. Otumaniony lekami, uważany przez innych za głupka niezdolnego myśleć, znajduje ukojenie w towarzystwie małej myszki. Jednak pewne drastyczne wydarzenia, które wkrótce mają miejsce, dodają mu sił i pozwalają na wyrwanie się z klatki. Bobby ucieka, podróżuje stopem, aż w końcu dociera do Kornwalii, gdzie spotyka starszego człowieka, pana Summersa. Mężczyzna prowadzi ukryty tryb życia, pomieszkuje w oddalonej od miasta chatce, a całe dnie poświęca na grzebaniu martwych zwierząt. Na jego uwagę zasługują nie tylko potrącane na głównej drodze króliki czy psy, ale wszystkie małe zwierzątka, ze szczurami i ślimakami włącznie. Bobby, który kocha zwierzęta, jest taką pracą zachwycony i pragnie pomagać małemu panu. Summers najpierw go sprawdza, a następnie pozwala mu do siebie dołączyć i odtąd sprawuje pieczę nad swoim młodszym przyjacielem.
            Ponieważ książka jest pisana z perspektywy Bobbego, jej język jest prosty, stylizowany na dziecięcy, ukazujący sposób myślenia i ograniczenia umysłowe głównego bohatera. Taka narracja z jednej strony przybliża nas do bohatera, pozwala podążyć jego tokiem rozumowania, z drugiej czasem wydaje się trochę irytująca, banalna.
            Pan Summers wyznaje zasadę, że każde stworzenie, nawet to najdrobniejsze, wyraża życie. A człowiek, który sprzeniewierza się tym wartościom, który nie szanuje życia, czego daje dowód bezmyślnie zabijając, mordując i raniąc, jest z gruntu zły i zasługuje na karę. W tym momencie czytelnikowi nasuwa się na myśl wiele pytań o granice możliwych działań między tym, co wolno, a czego nie. Grubas reprezentuje w książce zło wcielone, znęcając się nad słabszymi i mając w życiu tylko jeden cel: władzę. Bobby to uosobienie dziecięcej niewinności i naiwności, którą można ukształtować wedle swoich zamysłów. Pan Summers jest człowiekiem z wielkim bagażem doświadczeń, skrywającym mroczny sekret, poświęcającym się już tylko swojej pracy, nie mogąc znieść okrucieństwa ludzi. Wszystkie te postacie staną naprzeciw siebie w finale, by przedstawić swoje stanowiska i zawalczyć…
            Na podstawie książki nakręcono w 1998 roku film „Wszystkie małe zwierzątka”. W głównych rolach zagrali John Hurt i Christian Bale, którego bardzo lubię. Ze względu na to, że jest to dość stary film, bardzo ciężko było mi go zdobyć, a nadal nie znalazłam do niego polskich napisów (bez tego pewnie nie dam rady :P), dlatego musze jeszcze odwlec oglądanie. Bardzo ciekawi mnie, w jaki sposób przedstawiono w filmie historię Bobby’ego, gdyż widziałam dużo pozytywnych opinii.
            Książkę czyta się szybko, choć jej tematyka nie jest łatwa i przyjemna. Czasami sygnalizowane są jakieś drastyczne sceny, Bobby jednak nie rozwodzi się nad szczegółami. Jego opisy są konkretne, dosadne, rzeczowe. Chłopak ma świadomość swojej choroby, czuje się inny, ale jednocześnie mimo przejść, potrafi być szczęśliwy i radosny. Cieszą go zwykłe, małe rzeczy jak kubek gorącej herbaty czy wygodne miejsce do spania. Takie sceny pokazują, jak smutne było jego życie dawniej, w niewoli Grubasa, skoro to, co jest dla nas normalne, uważa za spełnienie marzeń. Łatwo się zżyć z tym bohaterem, a spojrzenia na świat jego oczami pozwala na refleksję nad własnym postępowaniem. Na pewno nie będzie to czas stracony.  

wtorek, 2 sierpnia 2011

Kolejny stosik ;)

Autor: Beata Szy dnia 18:40:00 0 komentarze
Jeszcze nie rozprawiłam się z poprzednims tosem, już zgromadził się kolejny, w efekcie wyprawy z siostrą do biblioteki. Jakoś poradzimy sobie z nimi, a teraz pokrótce co my tu mamy:


Od dołu:

  1. S. Lem „Solaris” – czyli klasyka sci-fi. Czytałam ją dawno i głowa Az puchła od tej całej terminologii, więc chciałabym się z tym zmierzyć jeszcze raz i zobaczyć, jak będzie teraz.
  2. A. Shreve „Żona pilota” – po prostu wpadło mi w ręce
  3. Y. Martel „Ja” – autor niezapomnianego „Życia Pi”, a więc zapowiada się wyśmienicie
  4. C. Rydberg „Za krawędzią nocy”
  5. G. Rosth: „Kim byłeś?”
  6. B. Ostrowicka „Kraina kolorów” cz 1 – trafiłam przez przypadek, szukając czegoś siostrze. Przypomniało mi się moje dzieciństwo, czas jakieś 10-15 lat wstecz, gdy zaczytywałam się w tej serii. Stwierdziłam, że to może być ciekawe – spojrzeć na nią po latach, okiem dorosłego. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
  7. B. Ostrowicka „Kraina kolorów” cz. 2 – z tego co widzę na okładce, miała powstać też 3 część. Muszę poszukać informacji na jej temat bo moja biblioteka nigdy nie uzupełniła serii :p 
  8. E. Loe „Naiwny. Super”.

Większość książek jest wybrana na chybił-trafił i jeszcze okaże się, że będą warte lektury, już w trakcie. Póki co spędzam wolny czas na czytaniu ;)  

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Mitch Albom: "Jeszcze jeden dzień"

Autor: Beata Szy dnia 22:51:00 1 komentarze
Wszyscy znamy to porzekadło, że w godzinę śmierci człowiekowi wyświetla się przed oczami film z jego życia, może obserwować minione wydarzenia w zwolnionym tempie. I oczywiście ma to na celu wytknięcie mu wszystkich dokonanych błędów, niewykorzystanych szans, ukazanie win, wzmożenie wyrzutów sumienia. To z jednej strony pouczająca lekcja, z drugiej mroczny obraz przeszłości, na którą nie jesteśmy już w stanie wpłynąć, a której się wstydzimy.
            Chick Benetto, główny bohater powieści „Jeszcze jeden dzień” w pewnym sensie staje w obliczu takiego rozrachunku z własną przeszłością. Chick to były bejsbolista, zapijający smutki alkoholem, skłócony z byłą żoną, tracący kontakt z córką, przegrany, samotny, nieszczęśliwy człowiek. Wydaje mu się, że jedynym wyjściem z tej depresyjnej sytuacji jest samobójstwo – w życiu nie czeka go już nic dobrego, stracił wszystko i nie ma dla kogo żyć. Zamiast walczyć o siebie, wybiera więc śmierć, ale ta decyzja jest dopiero początkiem jego drogi, wbrew temu co myśli. W chwili, gdy jego rozpędzony samochód ulega kolizji, Chick odnajduje się w tajemniczym świecie, gdzieś na granicy snu i jawy, gdzie jego zmarła matka znów jest przy nim: żywa, troskliwa, słuchająca.
            Książka M. Alboma została wydana w miły dla czytelnika sposób: solidna, twarda oprawa z nastrojową okładką, ciekawy układ rozdziałów i stylizowane na archiwalne dokumenty fragmenty listów matki Chicka, notatek, oraz dwa rodzaje wstawek w tekście, urozmaicające lekturę: „Kiedy matka stanęła po mojej stronie”, „Kiedy ja nie stanąłem po stronie matki”.
            We wprowadzeniu do książki narratorem jest dziennikarka sportowa, która spotyka głównego bohatera i zaczyna z nim rozmowę. Dalsza część powieści to relacja z tego, co opowiedział jej Chick, ale pisana w 1 os. z punktu widzenia mężczyzny. Chick w swoim sprawozdaniu nie zachowuje chronologii, mamy wrażenie, że opisuje to, co akurat mu się przypomniało, zupełnie jakby przez głowę przelatywał mu ten przysłowiowy film z całym życiem, a on wybierał z niego najważniejsze, najbardziej znamienne momenty.  Ten swoisty kalejdoskop wspomnień odkrywa prawdziwe oblicze bohatera, jego rozterki, żal i ból. Kontakt z matką, czyli z osobą, której tak bardzo mu brakowało, stopniowo łagodzi rany i pokazuje wszystko w innym świetle.
            Książka stanowi udaną, pouczającą lekturę. Czyta się ją lekko i szybko, a przy tym wyłapuje się wiele kluczowych myśli. Koncept, który w niej zastosowano, przypadł mi do gustu. Zakończenie zaskoczyło mnie i bardzo mi się podobało. Końcowe rozważania, refleksje, podsumowania – są cenne i wartościowe. Główny bohater, pomimo tego, że nie raz w życiu zadecydował źle i postępował nie fair w stosunku do swoich bliskich, budzi najpierw współczucie, a później coraz większą sympatię. Jego chęć nawrócenia się i odbudowania więzi z rodziną wzrusza i podbudowuje. Chick przywołuje własne wspomnienia i porównuje je z reakcjami matki, dzięki czemu ogląda je z różnych perspektyw. W pełni wykorzystuje dany mu przez los, tytułowy jeszcze jeden dzień.
Zachęcam do przeczytania. Ponadto, książka ta jest świetnym prezentem na Dzień Matki czy inną uroczystość, związaną z tą jakże ważną w życiu każdego osobą;)
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon