sobota, 30 lipca 2011

Gabrielle Zevin: "Zapomniałam, że Cię kocham"

            Jakiś czas temu dostałam od mojej młodszej siostrzyczki smsa z zaskakującą – jak na nią – prośbą: kup mi taką jedną książkę, proszęęęęęę! Ponieważ moja siostra czyta mało, choć próbuję ją wciągnąć w swój nałóg, musiałam sprawdzić, co tak zainteresowało małą. Pierwsza moja reakcja była odmowna, ponieważ nie miałam w tym czasie zbyt dużo środków na takie zakupy, ale kiedy zerknęłam w Internecie na opis książki zmieniłam zdanie: zainteresowała również i mnie, więc stwierdziłam, że nie ma to jak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - obie będziemy wszak zadowolone.
            Druga powieść G. Zevin, autorki „Gdzie indziej”, książki o której sporo słyszałam i którą też miałam od dawna ochotę przeczytać, magnetyzuje opisem:

 „Gdyby Naomi wybrała reszkę, wygrałaby w rzucie monetą. Nie musiałaby wracać po aparat do redakcji księgi pamiątkowej, nie spadłaby ze schodów i nie uderzyłaby o nie głową. Nie obudziłaby się w karetce z amnezją i z pewnością pamiętałaby swojego chłopaka Ace’a. Może nawet pamiętałaby, z jakiego powodu się w nim zakochała. Rozumiałaby, dlaczego jej najlepszy przyjaciel Will uparcie nazywa ją „Szefową”. Wiedziałaby o nowej rodzinie mamy i o narzeczonej taty. Gdyby Naomi wybrała reszkę, może nigdy nie poznałaby Jamesa, chłopaka o wątpliwej przeszłości i niepewnej przyszłości, który już przy pierwszym spotkaniu miał ochotę ją pocałować. A ona może nie chciałaby odwzajemnić jego pocałunku.
Jednak Naomi wybrała orła…”

Te kilka zdań wystarczyło, bym wybrała się do pobliskiego Empiku. O dziwo książki tam nie było, ale miła pani zamówiła ją dla mnie i w przeciągu tygodnia miałam już powieść u siebie. Ponieważ, było nie było, miał to być prezent dla siostry, a ledwo sama rozpoczęłam lekturę, jechałam z wizytą do domu, musiałam czytać książkę na raty, gdyż nie zdążyłam dokończyć jej przed powrotem do akademika, a siostra uparła się, że mam ją zostawić w domu. Nie lubię przerywać lektury na kilka tygodni, gdyż mam potem problem z powtórnym wczuciem się w klimat, jednak jakoś się z tym uporałam i w czasie wakacyjnego wyjazdu dokończyłam lekturę.

Jak sugeruje opis, powieść jest historią nastoletniej Naomi, która w wyniku feralnego upadku ze schodów, traci pamięć. Zapomina wszystkie wydarzenia z ostatnich czterech lat, pamięta jednak dalszą przeszłość i kojarzy podstawowe fakty ze swojego życia. Okres, który wypadł z jej głowy, jest znaczący, gdyż dziewczyna szybko przekonuje się, że jej obecne życie znacznie różni się od tego sprzed czterech lat, które zapamiętała. Wydaje się, że utrata pamięci w tym wypadku to coś wręcz zbawiennego: liczne rozterki, osobiste i rodzinne, których staje się udziałem, stopniowo dowiadując się o tym, co się działo w tym zapomnianym czasie, nie wprawiają jej w euforię. Naomi odkrywa wręcz, że wyrosła na dziewczynę, której sama nie rozumie: znajdując w swoim pokoju różne przedmioty, notatniki – nie potrafi się w nich odnaleźć, nie czuje nic do swojego chłopaka, chodzi na zajęcia, które jej nie interesują, a w dodatku zaczyna jej się podobać tajemniczy chłopak o nieciekawej przeszłości… Mówiąc krótko: nie lubi dziewczyny, którą, notabene, jest i nie może się z tym uporać.
Książka Zevin podzielona jest na trzy części, zatytułowane „Byłam”, „Jestem”, „Będę”. Każda z nich akcentuje jakiś ważny, przełomowy moment w życiu bohaterki, na drodze do zrozumienia siebie i odkrycia swojej przeszłości. Pierwszy z nich sugeruje konfrontację z utraconą przeszłością, drugi uczenie się egzystowania w świecie po wypadku, trzeci refleksję nad przyszłością. Naomi szybko uświadamia sobie, jak trudno poruszać się w świecie niewiele o sobie wiedząc, jak ważna jest przeszłość w codziennym życiu, w kontaktach z bliskimi, ale i również jaką błogą nieświadomość zapewnia czasem jej brak. Utrata pamięci była dla bohaterki czymś na kształt koniecznej lekcji – mogła uświadomić jej dotychczasowe naganne zachowanie i pomóc w zmianie na lepsze.  
Mimo wszystko książka trochę mnie rozczarowała, ale być może zbyt wiele się po niej spodziewałam, albo jest to lektura dla trochę młodszych czytelników. Przede wszystkim osoba głównej bohaterki nie przypadła mi do gustu – z jednej strony Naomi traci pamięć, z drugiej zachowuje się jak osoba, która wcale nie przejmuje się tym, że straciła cztery lata swojego życia. W stosunku do rodziców potrafi zachowywać się jak rozpieszczone, gburowate dziecko, zdolne tylko do dbania o siebie, nietolerancyjne na problemy dorosłych. Stosunek Naomi do chłopaków, którzy pojawiają się w jej życiu, również jest dyskusyjny: odniosłam wrażenie, że choć bohaterka szafuje słowem „kocham”, tak naprawdę nie dorosła jeszcze do tego uczucia. Być może autorka starała się w ten sposób w pełnej krasie ukazać zmienny świat nastolatek, wciąż jeszcze niedojrzałych i uczących się na własnych błędach, jednak mimo wszystko czytając książkę miałam pewne problemy z przebrnięciem przez niektóre sceny. Czegoś mi zabrakło: potencjał był, jednak nie został w pełni wykorzystany. Książka porusza tematy istotne, drażniące, problematyczne, a jednak miałam wrażenie, że, koniec końców, zostały one zbanalizowane, zrzucone na dalszy plan, nie do końca wyeksponowane tak, jak to autorka miała w zamiarze, sugerując je.    
Mimo wszystko jednak myślę, że warto po tę książkę sięgnąć, szczególnie polecam ją młodym dziewczynom, nastolatkom, dla których może będzie tematycznie bliższa niż dla mnie i przez to wartościowsza, prawdopodobniejsza.

Stosik wakacyjny

Mój pierwszy stosik na tym blogu, można rzec - wakacyjny ;) Co prawda kiedy jadę gdzieś na wakacje, spędzam je raczej czynnie, a że nie potrafię czytać w samochodach/autobusach/pociągach/na statkach czy też innych środkach lokomocji, mam ograniczone możliwości i na wyjazdach raczej nie czytam. Nazwa jednak wskazuje na coś innego - zbiorek ukształtował się podczas moich spacerów po promenadzie, gdzie koniecznie musiałam zwiedzić wszystkie kiermasze książek i przywieźć sobie do domu jakieś pamiątki. Zwykle w takich miejscach szerokim łukiem omijam podręczniki, leksykony, bajki, fantastykę, kryminały, sensację, grozę, romansidła - także niewiele zostaje, ale zawsze potrafię odnaleźć jakąś perełkę trafiającą w mój gust o unormowanej cenie ;) Z reguły są mi dotychczas nieznane, ale zachęca mnie opis, okładka lub jakiś fragment.

Po kolei, od dołu:

E.L. Doctorow: "Opowiadania z krainy szczęśliwości" - zbiór opowiadań, wbrew tytułowi, traktujących o ludziach uwikłanych w pętli niepowodzeń, nie tracących jednak nadziei na poprawę losu. Skromna książeczka, zobaczymy co ze sobą przyniesie ;)

W. Hamilton "Biedne zwierzaki" - sfotografowana do góry nogami ;) Opis mnie bardzo zaciekawił, powieść inna, problematyczna, zawiła, trochę mroczna - czyli taka jak lubię ;) Kupiłam ją już w ostatni dzień wyjazdu, szukając pamiątki dla siostry. Miejmy nadzieję, że udany zakup.

G. Zevin "Zapomniałam, że cię kocham" - kupiłam dla siostry, wkrótce będzie recenzja.

T. Parsons "Kroniki rodzinne" - kupione w Biedronkowej promocji ;P

M. Albom "Jeszcze jeden dzeń" - właśnie czytam, więc recenzja też powinna szybko się pojawić. Książka fajna z wyglądu  -w twardej, nastrojowej oprawie, z różnymi ciekawymi wstawkami w środku.


Teraz nie pozostaje mi nic innego jak czytać, czytać, czytać ;)

piątek, 22 lipca 2011

Sabina Berman: "Dziewczyna, która pływała z delfinami"

          

             Do zakupu i przeczytania tej książki zachęciło mnie kilka czynników, a przede wszystkim recenzja Kasi, którą dostałam do pierwszego numeru mojego magazynu „@trament”. Spodobał mi się tytuł książki, gdyż od dziecka uwielbiałam te morskie ssaki, miła dla oka okładka (choć po lekturze wiem już, że nieadekwatna do treści) i osoba głównej bohaterki – autystyczna dziewczynka, zagubiona w świecie ludzi standardowych. Połączyłam wszystkie te plusy i udałam się do Empiku, gdzie bez problemy mogłam znaleźć książkę, udekorowaną jeszcze plakietką „Czytanie wolne od stresu”. Przejrzałam kilka pierwszych stron, stwierdziłam, że to „to” i zabrałam się do czytania.
            Książka pisana jest z perspektywy dorosłej już Karen, która szczegółowo opowiada o swoim naznaczonym życiu, nierozumianą przez innych, chorobą. Jej wspomnienia nie sięgają dalej, niż do momentu, w którym poznała swoją ciotkę Isabelle. Isabelle otrzymuje w spadku po siostrze rezydencję i podupadającą przetwórnię tuńczyków. Przybywa na miejsce, a w domu, oprócz służby, zastaje małą, dziką dziewczynkę, która dotąd przebywała w zamknięciu i żyła jak zwierzę. Tajemnicze blizny na ciele małej Karen i jej charakterystyczny sposób zachowywania się: żywienie się piaskiem, życie w brudzie, nieumiejętność mówienia, szokują Isabelle, ale kobieta jednocześnie postanawia zająć się dzieckiem, domyślając się, że to córka jej siostry. Odtąd życie Karen diametralnie się zmienia: stopniowo poznaje zwyczaje ludzi, uczy się mówić i pisać, poznaje pojęcia i przedmioty. W chwili, gdy Isabelle udaje się wytłumaczyć dziewczynce, co oznacza słowo „Ja”, Karen objawia się w tekście, mówiąc o sobie w pierwszej osobie, nareszcie świadoma swojej osoby, własnej egzystencji. To dopiero pierwszy krok na jej długiej drodze do wpisania się w świat ludzi, ale na pewno przełomowy i zwiastujący powodzenie.
            Karen jest dzieckiem autystycznym – widzi świat inaczej, po swojemu, i nigdy, nawet po wielu latach, nie potrafi tak naprawdę pojmować go w sposób bliski nam, ludziom zdrowym. Pewne terminy, pojęcia, a przede wszystkim uczucia pozostają dla niej nieodkryte, dziwne, tajemnicze. Karen nie potrafi kłamać, w testach psychometrycznych plasuje się na najniższych szczeblach, gdzieś pośród „idiotów i debili” jak wielokrotnie słyszy, jest powolna i ograniczona, nuży ją rozmowa z ludźmi, nie znosi dotyku, a jednak ma też sporo zalet: zadziwia szczegółową pamięcią, jej rysunki przypominają wręcz dokładne zdjęcia, zapamiętuje wszystko to, co przeczyta i tworzy w swojej głowie własne, często kontrowersyjne, osądy, idee, poglądy, stanowiska. Otoczenie jej nie rozumie – nie da się ukryć tego, że jest inna, nieokiełznana, dziwna, i często kontakt z drugim człowiekiem kończy się w tragiczny sposób, ale Karen ma swój indywidualny świat, w którym czuje się dobrze.
            Czytając książkę zastanawiałam się nad wymową tytułu. Rodzinna firma Tuńczyków Pociecha, która pod kierownictwem Isabelle i Karen wychodzi z bankructwa i zaczyna dobrze prosperować, jest tutaj kluczem. Dziewczyna nie raz wypływa na pełne morze, z kutrów obserwując połowy tuńczyków. Ciemne od krwi ryb morze wzdryga ją, ale jednocześnie zachwyca. Karen opowiada o całym procesie połowu, o tym jak zacieśnia się sieć, a zwierzęta giną. O delfinach, które pływają nad tuńczykami, i również lądują w pułapce. Zazwyczaj się wydostają, wyskakując w ostatniej chwili z czeluści śmierci, ale zdarzają się osobniki słabsze, które giną razem z rybami. Karen mówi, że owe ssaki po prostu miały pecha, znalazły się w nieodpowiednim miejscu. Wydaje mi się, że główną bohaterkę powieści można porównać do tych tytułowych delfinów, ginących w sieci. Karen również jest ofiarą systemu, zamkniętą w klatce z etykietką „inna”, której ciężko się wyrwać z sideł. Jest jak ten delfin, wpadający przez przypadek w sieć, mający przed sobą dwie drogi – albo zdąży na czas się wyzwolić, albo przepada wraz z innymi, słabszymi osobnikami. Karen swoją postawą i tym, co udało jej się osiągnąć pokazuje, że nawet osoba autystyczna może wiele zdziałać i odnieść sukces na międzynarodową skalę.              
            Porównania do powieści Grooma Winstona nie da się uniknąć, nawiązuje już do niego okładka głosząca, że mamy do czynienia z „Opowieścią na miarę bestsellerowego «Forresta Gumpa»”. Obie książki rzeczywiście wiele łączy – poruszają tematykę osób odrzuconych przez społeczeństwo, uznawanych za gorsze, głupie, które pokazują nam świat ze swojej perspektywy, a ponadto na przekór wszystkiemu i wszystkim, udaje im się daleko zajść i zadziwić świat. „Dziewczyna, która pływała z delfinami” jest nazywana damskim odpowiednikiem wspomnianej powieści i jest w tym trochę racji, ale obie książki są oczywiście na swój sposób oryginalne. Nie mniej jednak obie pokazują nam, że stereotypowe spojrzenie na świat może krzywdzić osoby niewpisujące się w powszechny schemat, niepotrafiące odnaleźć się w standardowej rzeczywistości, mające inne myślenie, którego nie są w stanie przełamać. To, co inne, wcale nie musi oznaczać gorszego – Karen udowadnia to swoją charyzmą, przedsięwzięciami, dążeniami. Na pewno jest jej trudniej, gubi się w niezrozumiałym dla niej świecie ludzi, ale wychodzi z tych zmagań obronną ręką. Jej upór i siła udowadniają, że ograniczenia nie skreślają człowieka.
            W książce najbardziej podobała mi się perspektywa narracji – oddanie głosu bohaterce, co pozwoliło przybliżyć jej pojmowanie rzeczywistości. Nie brak w treści tematów tabu, trudnych czy kłopotliwych, będących immanentną częścią człowieczeństwa, przez nas niechętnie podejmowanych, przez Karen oczywistych i wartych uwagi. Nużące były dla mnie trochę opisy interesów firmy, pozyskiwanie klientów i firm, wyprawy w świat w celu rozreklamowania produktów. Ponieważ Karen dorasta w świecie rybaków, a jej ulubionym zajęciem jest nurkowanie w skafandrze, opisy te stanowią dominującą część książki. Nie jest to lektura, do której wrócę ponownie, jak często mam w zwyczaju, ale na pewno osobliwa i nie żałuję, że podjęłam się przeczytania książki.
            Co więcej? Chyba po prostu czas odesłać do tekstu wszystkich tych, których moja recenzja przekonała do sięgnięcia po tę pozycję.        

czwartek, 21 lipca 2011

"Ucieczka w milczenie" ("Speak")

reżyseria: Jessica Sharzer
scenariusz: Jessica Sharzer
premiera: 20 stycznia 2004
produkcja: USA
gatunek: Dramat








            Melinda Sordino (grana przez Kristen Stewart) odstaje od swoich rówieśników: rozpoczynając nowy rok szkolny nie potrafi z nikim nawiązać głębszych relacji, jest wytykana i wyszydzana, określana mianem „kapusia”, odtrącona na bok, niezwykle samotna. Taki stan rzeczy ma swoje podłoże: w retrospekcjach bohaterka sięga pamięcią do pamiętnej imprezy, która przyczyniła się do jej alienacji i całkowitej zmiany charakteru. Mroczna przeszłość, palący sekret, który skrywa dziewczynka i fakt, że swoją tragedią nie chce czy nie umie podzielić się z nikim, sprawiają, że Melinda staje się osowiała, cicha, zamknięta. Z radosnej, towarzyskiej dziewczynki przemienia się w ponuraka, który z żalem wspomina utracone przyjaźnie.
            Nie od dziś wiadomo, że w walce z dramatem, ludzie wybierają jedną z dwóch dróg: albo starają się stłumić złe wspomnienia w sobie, nikomu o nich nie mówią, chcą zapomnieć i udawać, że to, co złe nigdy nie miało miejsca, albo wybierają ścieżkę rozmowy, zwierzenia się z tego, co ich dręczy, podzielenia się, wylania tego z siebie. Jak sugeruje polskie tłumaczenie tytułu, główna bohaterka filmu, wybiera pierwszą opcję: zamyka się w sobie i nie dopuszcza do siebie nikogo. Staje się skryta, małomówna, nieśmiała. Kontakt z drugim człowiekiem przerasta ją, wywołuje przerażenie i przypomina o czymś, przed czym chciałaby uciec.
            Ważną osobą dla Melindy jest jej nauczyciel plastyki. Dziewczynka próbuje się wyzwolić w sztuce, zmierzając się z tematem, który narzuca jej profesor. W sali, w której wykładany jest przedmiot, znajduje schronienie i pokrzepienie. To tu szuka dla siebie miejsca podczas przerw, gdy odtrącają ją rówieśnicy. Znajduje pasję, która oddala mroczne aspekty jej przeszłości, pozwala zająć myśli. 
            Kristen Stewart, znana głównie z roli w sadze „Zmierzch”, niestety już zawsze będzie kojarzyć mi się z nastolatką, która pokochała wampira. Choć jej rola w „Ucieczce w milczenie” jest poważniejsza, można powiedzieć doroślejsza (mimo, że film powstał w 2004 r.) to jednak uderzają niedostatki gry aktorskiej, twarz bez wyrazu, ograniczona mimika i sztuczność, mdłość. Być może jestem uprzedzona, ale aktorstwo Stewart nie przekonało mnie: jest bez wyrazu, ograniczone, proste. Mimo, że jej bohaterka rzeczywiście była osobą inną, zamkniętą w swoim świecie i niechętnie opuszczająca swoje gniazdko, można było lepiej oddać jej dramat, cierpienie i uczenie się poskramiania koszmarów.
            Film oceniam jako dobry: to kolejna perełka, obnażająca ważne problemy w poruszający sposób. Pokazuje reakcję społeczeństwa na inność, brak zrozumienia, niezauważanie problemów i potrzeb. Film jest cichy, łagodny, płynie wolno, a jednak skupia uwagę i przekazuje bardzo dużo treści. Zawsze po podobnych seansach, które wbijają w fotel i na chwilę przenoszą w postać bohaterki, zastanawiam się jak sama radziłabym sobie z okiełznaniem tak mrocznych sekretów, gdzie szukałabym pomocy, czy warto byłoby mówić, czy raczej zamilknąć, chowając urazy w swoim wnętrzu… Bohaterka daje nam odpowiedź na to pytanie, sama ją odnajdując w czasie wytężonych poszukiwań spokoju, oddechu, zapomnienia. Film daje nadzieję, że człowiek jest w stanie pokonać to, co pierwotnie go zabijało, odnaleźć w sobie niespotykaną siłę i walczyć…

środa, 20 lipca 2011

A. Sebold: "Nostalgia anioła", "Szczęściara"

           

            „Nostalgia anioła” to książka, którą zakupiłam kilka lat temu, jak tylko natknęłam się na nią na półce księgarni. Nie wiedziałam wtedy kompletnie nic o autorce i samej książce, ale zawierała w sobie wszystko to, czego w literaturze szukam. I tak, po kolei: przyciągnęła mnie swoją spokojną, wyważoną okładką w niebieskich barwach, wzruszającym opisem treści, który pokrywał się z preferowaną przeze mnie tematyką (a więc powieściami trudnymi, obnażającymi kłopotliwe tematy, dylematy, problemy, traumy, historie tabu, przerywające milczenie) i zaintrygował początkowymi wersami książki. Zawsze, kiedy przymierzam się do zakupu lub wypożyczenia danej pozycji, otwieram ją na początkowej stronie i wyrywkowo czytam kilka zdań. Jeśli mnie przekonają – czytam, jeśli zniechęcą – zwykle odkładam książkę na bok.
            Powieść A. Sebold zaczyna się od ukazania tragedii głównej bohaterki: czternastoletnia, pogodna Susie opisuje nam moment swojej brutalnej śmierci. Podstępnie zwabiona do tajemniczej kryjówki w ziemi i bestialsko zgwałcona dziewczynka, zostaje zamordowana i trafia gdzieś wyżej – przebywa w swoim prywatnym Niebie, która kształtuje wedle swoich fantazji i pragnień, obserwując z góry dalsze losy swojej rodziny, kolegów ze szkoły, ludzi – świat wciąż bliski, którego jednak przestała być immanentną częścią. W świecie, do którego trafia, wszystko ma znaczenie: to, że mieszkankami są tylko kobiety, to, że otoczenia wydaje się znajome i bezpieczne – Susie w swoim Niebie stwarza to, czego potrzebuje, nie może tylko osiągnąć jednego – znów połączyć się z tymi, których kocha.   
            Autorka stanęła przed nie lada wyzwaniem – napisać powieść ciężką, o cierpieniu i bólu utraty, co zwykle w takich sytuacjach kończy banałem czy wręcz ocieraniem się o kicz. Jednak Sebold wybrnęła: książka niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny, wzrusza, skłania do myślenia, wywołuje gęste emocje, a mimo to autorka zgrabnie przedstawia kolejne sceny, unikając nadmuchanych haseł i niepotrzebnego rozwodzenia się nad nieszczęściem. Dzięki tym zabiegom książkę czyta się jednym tchem, z zaciekawieniem i poruszeniem, wydobywając z niej wiele wartościowych myśli.
            Opisać bestialską krzywdę wyrządzoną dziecku jest trudno, autorka robi to nienagannie. W momencie konania mała Susie wspomina swój dom rodzinny, myśli o mamie, która pewnie niecierpliwie na nią czeka, szykując posiłek w kuchni i o bracie, za którym będzie tęsknić. Opis ten wywołuje skrajne emocje – dziewczynka nie użala się, nie skupia nad swoją krzywdą, nie użala nad swoim losem, przedstawia sytuację z takiej perspektywy, że tym bardziej przerażony i współczujący jest czytelnik – wie on, równie dobrze jak dziewczynka, że koniec jest nieuchronny i jakie będą jego konsekwencje, a jednak jeszcze przez chwilę obserwujemy świat oczami dziecka, które stara się wyjść ze swojego ciała, by nie czuć tego, co z nim zrobiono.
            Chociaż akcja powieści skupia się na osobie Susie i jej próbie pogodzenia się z utratą życia i bliskich, odnalezienia spokoju, ucieczki od horroru, którego doświadczyła i którego pozostałości wciąż w niej drzemią, mamy w powieści ważne drugoplanowe, rozbudowane role: rodzice Susie, jej brat, siostra, niedoszły chłopak, dziewczynka, z którą połączyła ją dziwna więź, i wielu, wielu innych bohaterów. Susie obserwuje ludzi, a te poczynania są dla niej czymś w rodzaju namiastki życia, którego sama nie mogła doświadczyć. Roztkliwia się nad osobą chłopaka swojej siostry, zazdroszcząc jej przeżyć, których sama nie doczekała. Obserwuje żal rodziców i to jak powoli oddalają się od siebie. Nie ocenia, tylko obserwuje. Pozwala zdarzeniom iść własnym biegiem, wyciągając tylko wnioski i spostrzeżenia. Susie śledzi też swojego zabójcę, gorzką pragnąc, by został złapany. Podąża za nim i odkrywa jego sekrety, dowiaduje się, że nie jest jego jedyną ofiarą. Chce krzyczeć na cały głos, gdy ojciec niczego nieświadomy, brata się z sąsiadem, ale niczego nie może zrobić. Mijają lata, wszystko wokół niej się zmienia, a Susie wciąż nie potrafi porzucić rodziny i iść dalej. Została naznaczona i czuje brak życia, którego nie odbyła. Kurczowo trzyma się tego, co ma, nie chcąc stracić rodziny ostatecznie.
            Książkę „Nostalgia anioła” polecam wszystkim tym, którzy lubią przez chwilę podumać nad lekturą, przeżyć wewnętrzne katharsis, pozostać bez słowa. Czyta się ją jednym tchem, mimo ciężkiej tematyki, z przejęciem i ciekawością. Bardzo podoba mi się sposób pisania pisarki: sięganie po retrospekcje, które ukazują nam różne sytuacje z życia Susie, kiedy jeszcze żyła oraz zwracanie uwagi na losy i uczucia poszczególnych członków jej rodziny, akcentowanie ich ewolucji, nastrojów, potrzeb. Śmierć Susie odcisnęła się piętnem na życiu każdego z ludzi, których znała – książka jest zapisem tego procesu, uświadamia jak wielki jest zasięg działania pojedynczej śmierci i ile następstw kryje w sobie. Książka jest zarazem studium zranionych dusz, szukających wyzwolenia, najlepszego ratunku i różnych działań, które bohaterowie podejmują, by wreszcie się uwolnić. To powieść o nadziei, miłości, odkupieniu, dorastaniu i sprawiedliwości, o winie i karze, o utracie i jej zapełnianiu. Na pewno warta przeczytania.

            Debiutancka powieść Sebold porusza temat gwałtu nie bez powodu – autorka w młodości sama padła ofiarą takiego ataku. W swojej kolejnej powieści, „Szczęściara”, zdaje relację z tego wydarzenia i swoich dalszych losów. Autobiograficzna powieść Sebold zbudowana jest na podobnej zasadzie, co jej debiut: już na starcie mamy do czynienia z opisem gwałtu na głównej bohaterce – szczerym i dosadnym. Dalsza część historii to opis późniejszych wydarzeń: dramatyczna walka o ukaranie sprawcy, przesłuchania, zeznania, wskazywanie winnych. Autorka tytułem swojej powieści zwraca uwagę na znaczący fakt: pomimo traumy, którą niesie ze sobą gwałt, spotkało ją szczęście – przeżyła, udało jej się uciec, przetrwać, żyć. Chociaż jej życie naznaczone jest okrucieństwem, chociaż przez wiele lat nie potrafiła stworzyć normalnego związku, odnaleźć radości w seksie, zapomnieć o swoim koszmarze, to jednak w odróżnieniu do bohaterki „Nostalgii anioła”, Alice przeżyła, zmierzyła się z dramatem i wygrała walkę. Powieść, będąca czymś w rodzaju spowiedzi, jest tego najlepszym dowodem.

            Porównując obie książki Sebold, mimo wszystko bardziej przemawia do mnie „Nostalgia…”. Po autobiografii spodziewałam się jeszcze większej dawki wrażeń, uczuć, emocji, a nie wiedzieć czemu, choć to oczywiście tylko moje subiektywne odczucie, książka jak dla mnie jest trochę zimna, mdła. Autorka opisuje to, co zaszło, jakby bez emocji, sucho, choć być może jest to jej sposób na radzenie sobie z tym zajściem - mnie osobiście pozostawia z uczuciem niedosytu. Nie mniej jednak, polecam obie książki pisarki.

            I jeszcze na marginesie chciałam wspomnieć o ekranizacji „Nostalgii anioła…”. Obraz, który sama oglądałam już jakiś czas temu, nie wywołał na mnie takiego wrażenia jak książka. Szczególnie dlatego, że istota opowieści Sebold została pominięta: skalana dziewczynka, która po śmierci przywiązuje uwagę do najcenniejszego wspomnienia, jakie ma: niewinnego pocałunku z chłopakiem, w którym była zakochana, tu zostaje zastąpiona poprzez postać nastolatki, która została „jedynie” zamordowana. Być może wersja złagodzona musiała powstać na potrzeby kina, mnie jednak w obrazie poprzez to czegoś brakuje, zatracają się pewne symbole. Nie mniej jednak malownicze krajobrazy świata, do którego trafia duch Susie po śmierci, urzekają. Zdecydowanie zachęcam najpierw do sięgnięcie po lekturę, a dopiero potem do zmierzenia się z filmem. To chyba prawidłowość, którą najlepiej zachować przy wszelkich konfrontacjach książka-adaptacja.   

            A na koniec, jedne z moich ulubionych cytatów z „Nostalgii…”:            
           

            „Kiedy tamtego popołudnia stałam przy swojej szafce i usłyszałam głos Raya wymawiającego moje imię - tym razem za mną, nie nade mną - wcale nie wydawało mi się to zabawne. Nie było też smutne. Proste czarno-białe określenia, które znałam do tej pory, tu nie znajdowały zastosowania. Czułam się - gdybym miała wybrać jakieś słowo - poruszona. Nie w znaczeniu czasownikowym, ale przymiotnikowym. Szczęśliwa + przestraszona = poruszona.
            - Ray - powiedziałam, ale zanim jego imię zdążyło opuścić moje usta, pochylił się nade mną i schwytał moje otwarte wargi w swoje. Mimo że czekałam na to tygodniami, było to tak niespodziewane, że chciałam więcej.
            Tak strasznie chciałam pocałować Raya Singha jeszcze raz.”